Agni – historia warta przypomnienia, choć w „Przyjacielu“ nie mieliśmy odwagi...

Autor: jak <sucha(at)sceav.cz>, Téma: Zajímavosti, Vydáno dne: 09. 04. 2011

„Agni – dziwny przybysz z zaświatów, więcej zadomowiony w świecie ducha, niż w świecie ziemskiej materii” – to jedna z opinii na temat Agnieszki Pilchowej, której historię życia i działalności opisuje historyk mgr Władysława Magiera. Poniższy materiał stanowi jeden z rozdziałów przygotowywanego drugiego tomu „Cieszyńskiego szlaku kobiet“. Niektóre historie z życia kobiet publikowaliśmy na łamach „Przyjaciela“. Ze względu na „delikatną materię“, poniższego tekstu zdecydowaliśmy się jednak nie umieszczać w naszym miesięczniku kościelnym. Z tym większą satysfakcją przedstawiam tekst poniżej – ku zbudowaniu wszystkim, co nie boją się "odsłonić klapek" z lewa i z prawa...


„... Jest to osoba o niezwykłych zdolnościach jasnowidzenia. Dziwna ta istota żyje równocześnie podwójnym życiem – na ziemi i w zaświecie. Co więcej, w świecie Ducha porusza się z wielką lekkością i swobodą... Swych zdolności jasnowidzenia nie zużytkowuje dla celów materialnych, nie lubi też patrzeć wzrokiem ducha na sprawy materialne, np. poszukiwać i znajdywać zagubione przedmioty...”. Jak widać z powyższego opisu Agnieszka Pilchowa miała swoją filozofię życiową i zasady, których trzymała się konsekwentnie. Miała wielkie serce i to potwierdzają wszyscy. Była osobą głęboko wierzącą, głoszącą chwałę miłości do Stwórcy jako lek na wszystkie nieszczęścia i zło tego świata, szanowała ludzi i nie zważając na siebie zawsze spieszyła z pomocą. Miała wielkie niebieskie oczy, sprawiające wrażenie ciągle zdziwionych. Pachniała ziołami. Bardzo lubiła śpiewać. Śpiewała wieczorami przy otwartych oknach pieśni religijne. Prowadziła przecież „normalne” życie żony i matki. Było nieraz pełne trosk związanych z wychowaniem czworga dzieci, z troską o dom, a przede wszystkim o rodzinę tak wielką – rodzinę duchową. Nie było dnia by ktoś listownie nie zwracał się do niej z prośbą o udzielenie rady w różnych cierpieniach, zarówno fizycznych jak i duchowych... Codziennie odpowiadała na wiele listów, przyjmowała chorych i potrzebujących, nie odrywając się od zajęć domowych.

Wiele można o niej napisać, ale na pewno nie to, że była zwyczajna lub przeciętna. Jasnowidz, zielarka, uzdrowicielka. Leczyła ziołami i odpowiednią dietą, ale często zdarzało się, że korzystając z daru jasnowidzenia wnikała w przeszłe wydarzenia z życia pacjenta, a nawet – jak sama twierdziła – w prawdziwe przyczyny jego chorób. Leczyła chorych fizycznie i niosła pomoc chorym na duchu. Agni P., bo taki miała pseudonim, używała swego daru, aby pomagać ludziom. Biorąc pod uwagę, że nie skończyła uczelni medycznej, jedynie szkołę podstawową, trafność jej diagnoz lekarskich była imponująca. W swych pamiętnikach pisała, że diagnozując chorego odczuwa jego fizyczne dolegliwości we własnym ciele.

Agnieszka Pilchowa z domu Wysocka urodziła się 16 grudnia 1888 r. w Zarubku, miejscowości stanowiącej dziś część Ostrawy. W jej domu rodzinnym mówiono po czesku, a dzieci chodziły do czeskiej szkoły. Jako dziecko, wskutek wstrząsu, zapadła w śpiączkę trwającą dwie doby. Jej rodzeństwo było przerażone. To co działo się z nią w tym czasie wywarło na niej ogromne wrażenie, więc zapamiętała wszystko z najdrobniejszymi szczegółami. Przeżycia te były przygotowaniem do dalszej pracy. Opisuje to wydarzenie w swoich pamiętnikach: „Straciłam na chwilę świadomość. W niespełna 5 minut ocknęłam się, lecz jakież było moje zdumienie, gdy zauważyłam w mieszkaniu popłoch, bieganie i cucenie zimną wodą jakiejś dziewczyny, leżącej na łóżku; ku memu zdumieniu rozpoznałam w niej siebie samą. Widziałam wyraźnie to leżące z zamkniętymi powiekami moje ciało, a równocześnie dobrze zdawałam sobie sprawę z tego, że nie śnię, lecz stoję w pewnym oddaleniu od łóżka, stopami wcale nie dotykając podłogi... Płynęliśmy w górę. Świat ten powoli znikał mi całkiem z oczu, a tymczasem ten dobry Duch zaczął mi mówić o wiecznem życiu, o miłości Boga, o Jego nieskończonej dobroci. W związku z przyczyną, która wywołała moje omdlenie, pocieszał mię, iż Bóg jest wszędzie i że mogę się do Niego modlić na każdem miejscu... Powiedział także, że mnie nie opuści nigdy. I istotnie, minęło od tego czasu już przeszło 20 lat, a ja zawsze mogłam i mogę rozmawiać z nim kiedy tylko tego zapragnę; zawsze też pociesza mię i udziela mi potrzebnych wskazówek i rad, które w ciągu już przeszło 20 lat nie zawiodły“. Było to jedno z jej pierwszych paranormalnych doświadczeń, podczas którego, wraz ze swym Opiekunem Duchowym, którego by można też nazwać Aniołem Stróżem, odbyła podróż astralną. Opiekun przekazywał informacje przy pomocy „automatycznego pisma”. Kiedy jej ręka zaczynała drżeć, brała ołówek lub pióro i przykładała go do papieru. „... W tej chwili ręka moja zaczęła pisać. Myśli snuły się tak szybko, że pióro z trudem chwytało je na papier. Wiedziałam zawsze naprzód jakie są dwie, trzy pierwsze myśli, które mają być napisane; lecz kiedy zostały już napisane a płynęły nowe, zatracałam zupełnie pamięć poprzednich. Pisałam tak długo, aż pióro samo zostało odłożone, nieomal wypadło z ręki”. Przenosząc się do Polski słabo znała nie tylko język, ale i polską literaturę, historię. Nawet w latach późniejszych niewiele czytała, choć w domu była spora biblioteka, by „wchodząc w cudze pole myśli (…) nie zatracać bezstronności”. Jej język polski był ponoć dziwny – tak przynajmniej twierdziły osoby spoza Śląska. Z pewnością były w nim czechizmy, być może była to po prostu gwara śląsko-cieszyńska, bo trudno sobie wyobrazić, by osoba z pogranicza Śląska Cieszyńskiego i Moraw nie mówiła na co dzień „po naszymu”.

Zdarzało się, że nagle zapadała w dziwny stan, była inna. Odbiegała swoim zachowaniem od reszty rodzeństwa i rówieśników zamyślając się często tak głęboko, że traciła kontakt z rzeczywistością i dosłownie stawała się nieobecna duchem. Nie reagowała wtedy na polecenia matki i odgłosy otoczenia. Zwierzała się swemu rodzeństwu z tego co widziała – wyśmiewano ją nazywając głupią. Nie pozostało jej więc nic innego jak zamknąć się w sobie i nikomu o tym nie wspominać. Wszystkie widzenia z lat dziecięcych uważała za coś w rodzaju snu, sądziła, że to samo przeżywają inni, tylko nie opowiadają o tym, podobnie jak i ona nie opowiadała nikomu o swoich wizjach. Rodzeństwo coraz bardziej odsuwało się od niej. Miała też zapewne niewielkie grono koleżanek, z których jedną zaprosiła później na druhnę podczas swojego wesela. Pisała o sobie tak: „ Ze zdolnościami jasnowidzenia jakie posiadam przyszłam już na ten świat. Gdy mam spojrzeć w świat ducha, nie potrzebuję zapadać w trans ni też używać jakichś środków pomocniczych. Z początku przymykałam oczy (…) potem już i przymykanie oczu zaczęło być zbyteczne”.

Odizolowana przez swoje „dziwactwo” od świata, nie potrafiła jednak ukryć odmiennych stanów świadomości, w których często przebywała, i być może depresji będącej skutkiem odrzucenia. Około osiemnastego roku życia trafiła w kręgi Towarzystwa Spirytystów. Wzięła udział w kilku seansach, były wtedy bardzo modne. Jako obdarzona zdolnościami jasnowidzenia widziała więcej niż inni. Na jednym ze spotkań zabrała głos, lecz nie spodobało się to innym. Uczestnicy wymusili na niej zerwanie kontaktów. Bardzo to przeżywała i postanowiła nigdy więcej nie brać udziału w seansach spirytystycznych.

Ogromny wpływ na jej dalsze losy miała wizyta u jednego z żonatych braci. Poznała tam przyszłego męża, który w pewnym sensie wymusił na niej ślub. Wspomina, że nie potrafiła się sama ubrać w białą suknię do ślubu, ale jednocześnie nie potrafiła się temu przeciwstawić: „Jeszcze w dniu ślubu drżałam z rozpaczy i mdlałam z przerażenia. Jakże iść z tym człowiekiem przez życie, kiedy taki dziwny strach miałam przed nim...“. Tak sama wspomina ten moment, ale odczucia kobiet w dniu ślubu bywają przecież różne. Została mężatką mając 21 lat.

Po ślubie często bywała w świecie ducha, tym bardziej, że wędrówka w zaświaty była dla niej od wczesnego dzieciństwa ucieczką od codzienności. Jej wizje miały często charakter symboliczny i z takich obrazów odczytywała przyszłe fakty. Zapytana pewnego dnia, w roku 1915, jak długo potrwa wojna, odpowiedziała, że do 1918 roku – nie uwierzono jej wtedy. Pisała: „Straszne jest to, co piszę. Może ktoś powie, że to wytwór bujnej fantazji. Ach, gdybym miała pisać wszystko, co podczas wojny się przesunęło przed mym wzrokiem ducha, a co potem i tak jaskrawo przejawiło się i na ziemi, to musiałabym napisać wiele grubych tomów… Bolałam bardzo na myśl o przelewie krwi i tych wszystkich strasznych cierpieniach, które ludzkość sobie nawzajem niepotrzebnie zadaje. Pytałam Opiekuna: Jak mogę pomóc ludziom?” Wtedy pojawił się z duchem wybitnego lekarza i przez trzy miesiące pobierała nauki z anatomii i medycyny. Jak sama opisuje, przed jej oczami „pojawiał się organizm ludzki, jak na ekranie w kinie. W ciągu jednego wieczoru zapełniał się ekran obrazami tylko jednej części ciała w jego różnych stanach chorobowych, przyczem przy danej części zjawiał się raz po raz cały organizm ludzki, bym dobrze mogła obserwować, w jaki sposób np. zakażenie krwi w ręce rozszerza się na cały organizm i atakuje serce. Duch zalecił: Byś jednak nie zapomniała mych wskazówek, weź ołówek do ręki i skreślij sobie moje myśli na papierze... A na końcu zapytał: Czy chcesz pomagać bliźnim? Czy nie ugniesz się pod ciężarem pracy? Czy nie ulękniesz się, gdy wydadzą na ciebie wyrok?

Zaczęła leczyć już w trzecim roku pierwszego małżeństwa. Pierwszymi pacjentami były dzieci mieszkające nieopodal, które miały wysoką temperaturę, a najmłodsze było umierające. Zaczęła robić głaski magnetyczne nad ich ciałami. Zebrało jej się na wymioty, ale po podaniu chłopcu mleka z solą to on zaczął wymiotować i reagować na otoczenie. Pozostałym dzieciom podała zmagnetyzowaną wodę (były to prawdopodobnie działania bioenergoterapeutyczne). Następnego dnia cała okolica wiedziała o uzdrowieniu. Innym razem przyjechała do niej kobieta, której lekarz chciał amputować rękę, chciała popełnić samobójstwo. W ostatniej chwili, w skrajnej rozpaczy, zdecydowała się na wizytę u niej. Agnieszka wzięła maść borową i zaczęła robić magnetyczne pociągnięcia. Maść wprawdzie nie była potrzebna, ale nie chciała by opowiadano, że czaruje. Całą siłą woli skupiła myśli na ręce i na jednym punkcie, którym powinna „wyjść nieczysta krew”. Czwartego dnia tylko pomarszczona skóra świadczyła, że było bardzo źle. Zaleciła gotowanie rumianku z jałowcem i moczenie ręki, a podczas kolejnej wizyty, po czterech dniach, zastąpienie jałowca cytryną. Przy wyjściu wręczyła jeszcze kobiecie pieniądze na zakup ziół i cytryny. To powtarzało się później często, pomagała jak mogła, dawała pieniądze na niezbędne leki. Biedna materialnie, lecz bogata duchem, nigdy nie odmówiła pomocy nikomu.

Po czterech latach małżeństwa odeszła od męża i przeniosła się wraz dwójką dzieci do matki, jednak formalne unieważnienie związku przez najwyższe władze sądowe uzyskała dopiero w roku 1917.

Kiedy było już pewne, że posiada medialne, większe niż przeciętne uzdolnienia, zaproponowano jej badania. Rozmowy przerwało wysiedlenie do Polski. Zamieszkała w Wiśle w starej szkole. Tam poznała przyszłego męża, który pochodził z Wisły. W roku 1919 wróciła na kilka miesięcy do Pragi, gdzie eksperymenty naukowców uniwersyteckich potwierdziły autentyczność jej medialnych uzdolnień. Poznała córkę prezydenta, dr Alicję Masaryk, która zachęcała ją, by napisała podanie, że pragnie zostać w Czechosłowacji. Nie zrobiła tego i wróciła na Śląsk Cieszyński. Również następnym razem odmówiła prezydentowi Masarykowi przyjęcia posady na Hradczanach, mimo że gwarantowano jej tam spokój.

W Wiśle ponownie wyszła za mąż za nauczyciela Jana Pilcha. Był kierownikiem szkoły w Pszczynie i tam początkowo mieszkali. Z ich małżeństwa urodziły się dwie córki: Janka i Agnieszka. Cały czas wychowywali razem dzieci z pierwszego małżeństwa Agni: Stacha Kurletto oraz córkę Anitę. W 1931 roku małżonkowie wybudowali nową, murowaną willę, którą nazwali „Sfinks”. Piętrowa willa, posadowiona wysoko na stoku góry, posiadała kilkanaście pokoi i olbrzymią kuchnię z piecem węglowym, w której trzy razy dziennie spotykali się wszyscy mieszkańcy domu na posiłkach. Otoczona była sporym ogrodem z ławeczkami i drewutnią z czasem przerobioną na letni domek. Agnieszka mieszkała wśród ludzi, którzy z dużą życzliwością, ale zarazem z rezerwą odnosili się do jej rewelacji. Podobno była przez niektórych miejscowych uważana za czarownicę.

Jej sława przyciągnęła do Wisły wielu, m.in. w roku 1929 przeniósł się tam zajmujący się ezoteryką Jan Hadyna, zaczął wydawać „Hejnał” – Miesięcznik Wiedzy Duchowej. Później zamieszkał w „Sfinksie“ i razem z Janem i Agnieszką prowadzili wydawnictwo. Pod koniec 1933 r. przekazał „Hejnał” pod kierownictwo Agni i wyprowadził się do Krakowa. Oficjalnie administratorem pozostał jednak jej mąż. W wydawnictwie publikowano artykuły poświęcone zjawiskom paranormalnym. Tam Agnieszka opisywała swoje wizje, ukazywały się jej wspomnienia i porady lekarskie. Jako bardzo wierząca, pisała o ewangelicznych metodach leczenia. Wyjaśniała, jak bardzo zanieczyszczona jest aura ludzi palących tytoń. Zalecała regenerację organizmu poprzez sen i przebywanie na łonie przyrody. Udzielała porad czytelnikom. Bardzo dużo pisała. „W cichym kąciku swego pokoiku, zadumana, kreśliła pośpiesznie... Oczy jej otwierały się szeroko, a twarz rozpalała przedziwnym blaskiem, to znów gasły, opadały powieki, ustawało pióro w ręku i głęboko wzdychała“ – pisał jej mąż. Zużywała na to wiele sił i czasu. Jej organizm szybko się jednak regenerował. Oprócz artykułów prasowych drukiem ukazały się książki: „Życie na ziemi i w zaświecie, czyli Wędrówka dusz” – pozycja, za którą otrzymała podziękowanie od marszałka Józefa Piłsudskiego; „Spojrzenie w przyszłość” – książka nawołująca do bratania narodów słowiańskich, za którą dostała gorące podziękowania od prezydenta Czechosłowacji, T. G. Masaryka. Za dwutomową powieść osnutą na prawdziwych przeżyciach „Zmora” i „Umarli mówią” otrzymała podziękowanie od prezydenta Ignacego Mościckiego. Ukazały się też „Pamiętniki Jasnowidzącej” i „Jasnowidzenie”.

„Sfinks” był domem otwartym, miejscem do którego ludzie przychodzili po porady. Agni bowiem wykorzystując swoje zdolności magnetyczne oraz znajomość leczniczych właściwości ziół, pomogła wielu osobom. Leczenia podejmowała się bezinteresownie, a do „Sfinksa“ ciągnęły pielgrzymki. Porad regularnie udzielała nie tylko w Wiśle, ale i w Cieszynie, często wzywano ją do szpitala, do ciężkich przypadków. Przyjeżdżali do niej ludzie z całej Polski, chociaż wtedy nie było łatwo dostać się do Wisły. Pisali listy, w których błagali o pomoc. Wolała jednak, jeśli chory przyjeżdżał do niej osobiście, ale nie było to konieczne. Wystarczyło, że wzięła do ręki przedmiot tej osoby, list lub fotografię i łącząc się z tą osobą mentalnie mogła pomóc na odległość. Jeden z licznych przypadków leczenia nawet na odległość cytuje Anna Szatkowska. Opisała przypadek błyskawicznego uzdrowienia swojego brata: „Witold miał jechać do Warszawy na egzamin wstępny. W przeddzień wyjazdu pojawiła mu się na twarzy okropna egzema, z której lała się żółta ciecz i nic na to nie pomagało. Babcia, bezradna, skontaktowała się z Pilchową, która obiecała coś poradzić na odległość. Prosiła, by po południu Witold siedział spokojnie na kanapie przez dwie godziny. Wieczorem egzema przyschła, a nazajutrz nie było po niej śladu!“

Właśnie na początek lat 30-tych przypada najlepszy okres działalności Agni. Majątku jednak nigdy się nie dorobiła, pomagała przecież ludziom bezinteresownie. Zawsze miała wielkie serce. „Leczyła nie tylko bezinteresownie, ale pomagała żywnościowo i materialnie potrzebującym, nie znosiła reklamy, szumu, pieniędzy”.

Jej pacjentami byli nie tylko prości ludzie, ale też znani, np. wicewojewoda śląski dr Saloni, któremu skutecznie pomogła czy sam marszałek Piłsudski. Była kilkakrotnie zapraszana do Belwederu. Wspomina o tym zarówno wnuczka, Krystyna Frank, jak i Zofia Iłłakowiczówna. W jakim celu tam jeździła – nie wiadomo. Mogły to być problemy zdrowia Marszałka i poszukiwanie niekonwencjonalnych metod leczenia albo chęć uzyskania informacji, których nie mógł dostarczyć wywiad. Znając zamiłowanie Marszałka do ezoteryki, można przypuszczać, że wizyty te miały raczej charakter informacyjny. Pewne jest, że jeździła do Marszałka w czasie jego ostatniej choroby, prawdopodobnie uśmierzała ból wywołany dolegliwościami nowotworowymi. Mówiła, że trzymała go za rękę i może to właśnie przynosiło ulgę. Wraz z pojawieniem się jej osoby w mediach, zaczęła być sławna. Szczególny rozgłos zyskała dzięki audycjom radiowym Zofii Kossak-Szczuckiej, częstemu gościowi w „Sfinksie“. Jej sława, jak się uważa, sięgała daleko poza Wisłę, a nawet Polskę. Z Hitlerem nie spotkała się jednak nigdy, chociaż i takie były przypuszczenia.

Najbardziej znaną zapisaną wizją jest „ Przepowiednia z Tęgoborzy”, która ukazała się drukiem w dniu 27 marca 1939 r. w „Ilustrowanym Kurierze Codziennym”. Jej autorstwo nie jest udowodnione, niecodzienna treść powodowała, że chciano zachować anonimowość autora. Późniejsze wypowiedzi wskazują jednak, że to właśnie Agni była jej autorką. Pewne jest tylko to, że spisana wierszem została przez literatkę Marię Szpyrkównę, jej znajomą. Ułożyła ona wierszem to, co opowiadała Agni podczas zwykłych codziennych zajęć. Podobnie powstanie „Przepowiedni...“opisuje Stanisław Hadyna, który wspomina, że w obecności Jana Hadyny i literatki Marii Szpyrkównej przedstawiła wizję w pierwszej połowie 1939 r. Przepowiednia dotyczy dziejów Polski. Jej tekst wzbudził ogromną sensację. Przekazywano ją z ust do ust, śpiewano, powielano w „podziemnych” gazetkach. O tym, jak bardzo była popularna i znana, świadczy fakt, że reżyser L. Buczkowski umieścił jej fragment w „Zakazanych piosenkach”, filmie z roku 1946. „Zdumienie ogarnia, kiedy się pomyśli, że teraz ta przepowiednia albo jest zupełnie zapomniana, albo nadal krąży potajemnie, przekazywana z rąk do rąk” – pisał Czesław Miłosz. Oto fragmenty, które można różnie interpretować:

„Gdy czarny orzeł znak krzyża splugawi,
Skrzydła rozłoży złowieszcze –
Dwa padną kraje, których nikt nie zbawi,
Siła przed prawem jest jeszcze.
Lecz czarny orzeł wejdzie na rozstaje,
Gdy oczy na wschód obróci,
Krzyżackie szerząc swoje obyczaje,
Z złamanym skrzydłem powróci.
Zaborcom nic nie zostanie.
Mazurska ziemia Polsce znów przypadnie,
A w Gdańsku port nasz powstanie.
Złamana siła mącicieli świata
Tym razem będzie na wieki.
Rękę wyciągnie brat do swego brata,
Wróg w kraj odejdzie daleki.
Trzy rzeki świata dadzą trzy korony
Pomazańcowi z Krakowa,
Cztery na krańcach sojusznicze strony
Przysięgi złożą mu słowa“.

O ile najbardziej znana przepowiednia, w której cztery ostatnie wersy mówią podobno o wyborze na papieża Polaka może być traktowana różnie, o tyle wszystkie pozostałe opisy dotyczące wojny były aż za bardzo prawdziwe. Agni cierpiała bardzo opisując to, co widziała. S. Hadyna, cytując zapiski swojego stryja Jana Hadyny, który notował jasnowidzenia Agni w roku 1934, takie oto słowa przepowiedni odnotował:

„Widzę zadrutowane ogromne kraje, pełne nienawiści i palących się trupów. Dymy piekielnych palenisk zasłaniają niebo. Losy ludzkości się ważą. (…) Widzę swastykę toczącą się na wschód, która chce zmiażdżyć w mściwej satysfakcji niewolnicze państwo pentagramu (pentagram – gwiazda pięcioramienna). Dwaj zbrodniarze ludzkości chwycą się za bary – hordami swych niewolników i masą swej broni, a ziemia zadrży pod ich stopami“.

W roku 1934, w Wiśle, nikt jeszcze nie podejrzewał, że za kilka lat Niemcy rzeczywiście zaatakują Związek Radziecki.

Zimą 1940 roku tak opowiadała Janowi Hadynie:

„Pytałem, co będzie? Zakryła ręką oczy. Zaczęła płakać. Nie mówiła nic. Drżała. Po chwili jednak powiedziała cicho: To wszystko jest okropne. Palą ludzi w piecach. Całe pociągi. Tysiące. Dymy zakrywają niebo. Pędzą ich tysiącami przez śniegi, lasy, za druty obozów. Strzelają. Doły pełne trupów. (...) Jedni mają błyskawice na mundurach, inni czerwone gwiazdy, ale znaki są bez znaczenia. Jedni i drudzy są emanacją zła.
- Jaki będzie wynik tej wojny?
- Zło wraca złem, musi się wzajemnie pożreć.
- Wojna niemiecko-sowiecka, to nonsens. Coś się pani przywidziało! (rok 1940)
- Mówię, co widzę – powiedziała z cichym uporem. Spojrzała na mnie bezradnie swymi ogromnymi niebieskimi oczyma i powiedziała:
- Ja sama tego nie rozumiem, ale klisze astralne mówią o strasznej wojnie właśnie między tymi dwoma państwami, spod znaku swastyki i czerwonej gwiazdy. Będą miliony ofiar.
Na stole leżał „Völkischer Beobachter” z fotografią Bramy Brandenburskiej na pierwszej stronie. Wpatrywała się w tę stronę intensywnie, dotknęła jej palcem, potem przysłoniła oczy i zmienionym głosem znów zaczęła mówić:
- Widzę żołnierzy z czerwonymi gwiazdami na czapkach, którzy wieszają na szczycie kolumnowej bramy czerwony sztandar… Wszędzie gruzy, zniszczenie, dym, białe prześcieradła zwisają z okien, żołnierze sowieccy wbiegają na schody jakiegoś gmachu, piszą coś po rosyjsku na ścianach…
- A Polska? – zapytałem.
- Widzę polską flagę na wysokiej kolumnie za tą bramą… Nie wiem jak się ta kolumna nazywa. Stoi na tej samej alei co brama, ale dalej…
- I to koniec wojny?
Pokręciła głową.
- Nie. Widzę wielką mapę sztabową, widzę wbite szpilkami chorągiewki… Tak, oni… To jest wojna… Amerykańskie i japońskie. Tak… – powtórzyła i jakby chciała coś bliżej dojrzeć, z zamkniętymi oczyma pochyliła się nad stołem, jakby tam właśnie leżała ta mapa sztabowa. Ale na stole prócz obrusa nic nie było.
- Nie rozumiem co to jest? Coś okropnego… Jakiś straszliwy grzyb zrodzony z chmur oślepiających, rośnie pod niebo. Gdzie to jest? Co to jest?… O, Boże… - jęknęła i nagle otwarła szeroko oczy, jakby uciekając od tego widoku“.

Jak widać z powyższego dialogu, Agni przewidziała nie tylko zdobycie Berlina, ale i zrzucenie bomb atomowych. Z perspektywy czasu wiemy, że wizje te były bardzo trafne, jednak dla współczesnych bywały kontrowersyjne. Wtedy nawet niektórzy ludzie zaczęli twierdzić, że jej zdolności zaczęły słabnąć.

Z wizji dotyczących przyszłości, w negatywnym świetle stawiała rozwój wielkich aglomeracji miejskich, gdzie wraz ze wzrostem liczby ludności widziała wzrastającą agresję, ludzi społecznie złych, gdzie gloryfikowany był gwałt i przemoc. Mówiła, że ludzkość gorączkowo rzuci się do pracy w celu podniesienia swego dobrobytu. Będzie budować olbrzymie mosty, kanały, drogi komunikacyjne, zakładać wielkie osady, ogrody warzywne, osuszać bagniska, nawadniać pustynie i w niedalekim czasie sztucznie wywoływać chmury w atmosferze i deszcz, a także je rozpraszać. Przeróżne wynalazki praktyczne umożliwią gospodyniom łatwiejsze prowadzenie gospodarstwa domowego. Dzieci będą badane pod kątem swoich zdolności i w tym kierunku będą kształcone. Nie będzie zadymionych miast, zatruwających swych mieszkańców, ponieważ będą istniały urządzenia odświeżające powietrze w lokalach publicznych i mieszkaniach prywatnych. Na szeroką skalę zakrojone również będą prace nad wykorzystaniem energii słonecznej za pomocą zwierciadeł wklęsłych. Agni twierdziła, że wizje te zaczną stopniowo spełniać się jeszcze przed rokiem 2000. „Zanim jednak nastanie w pełni złoty wiek ludzkości, przeżyje ziemia nasza niejeden kataklizm... Zaburzenia atmosferyczne i wstrząsy wulkaniczne zrobią nam jeszcze niejedną niespodziankę, podobnież i zaburzenia polityczne w różnych państwach”.

W czasie wojny wszelka działalność literacka została oczywiście przerwana. Część książek udało się ukryć, uważano bowiem w domu Pilchów, że jest to najcenniejsza rzecz, jaką posiadają. Z domu furmankami wywieziono jednak sporą część wyposażenia. Oto fragment listu córki Janki do siostry Agnieszki:

„To była częsta scena w czasie drugiej wojny światowej: moja matka nagle przerywała to, co robiła, zamykała oczy i mówiła: Iksiński tu jest. Właśnie zmarł. Napisz do jego rodziny. I dalej następowały szczegóły dotyczące okoliczności śmierci i miejsca, w którym znajdowało się ciało. Większość tych ludzi była czytelnikami naszego pisma, znanymi lub nieznanymi, którzy widzieli w nim pośrednika miedzy tymi dwoma światami. Kiedy umierali z dala od swojego domu, zawsze zjawiali się u mojej matki, aby przekazać ostatnią wiadomość. Dom wydawał się ich pełen. W salonie – gdzie za życia zwykle radzili się mojej mamy – nie można już było usiąść w fotelu, nie czując przy tym czyjejś obecności. Ciągnęli mnie za warkocze, powietrze zdawało się być pełne szeptów, więc przyzwyczaiłam się zawsze mówić: „Dzień dobry“ i „Dobry wieczór“ pustemu salonowi. Na ich prośbę napisałam wiele listów”.

Ostatni „rozdział“ życia rodziny Pilchów opisuje mąż Agnieszki, Jan Pilch:

„Przybrany syn Stanisław Kurletto, działacz AK na Śląsku, zorganizował przerzut przez granicę Generalnej Guberni. W ustalonym dniu, 27 listopada 1943 r. wcześnie rano pojechali do Frydku na Zaolzie, aby u brata zdeponować trochę swego dorobku. Kiedy wrócili do Wisły o godz. 16:00 na dworcu czekało na nich gestapo. Zostali aresztowani i wywiezieni do Cieszyna, a w dniu 24 grudnia 1943 roku przewiezieni do Mysłowic. Stamtąd w kwietniu 1944 r. żonę wywieziono do obozu koncentracyjnego w Ravensbrück, mnie do obozu Sachsenhausen. Kilka tygodni później aresztowano ukrywającą się córkę Jankę. Trzymano nas miesiąc w Cieszynie. Czy Agni, jako jasnowidząca, wiedziała co ją spotka? Już kilka tygodni przed śmiercią zapowiedziała wobec innych więźniarek swoje „wyzwolenie” na dzień 4 stycznia 1945 r. Wtedy, w ostatniej obozowej egzekucji, została rozstrzelana“.

Dlaczego została aresztowana? Oskarżono ją o przemycanie broni partyzantom. Przekazywała im jednak tylko albo aż kartki żywnościowe, zostawiała je w umówionym miejscu pod kamieniem. Wśród walczących był przecież jej syn Stanisław. Mąż po przesłuchaniu mógł zostać zwolniony, ale nie opuścił żony, poszedł z nią do więzienia. Uważał, że jest z żoną na dobre i na złe, zgodnie z małżeńską przysięgą, i nie może jej zostawić w tragicznej chwili. Przeżył wojnę, dzieci również. Jeszcze długo po zakończeniu działań wojennych jej szukał.

Syn Stach wyjechał zaraz po wojnie do Anglii, a stamtąd do Brazylii, gdzie założył rodzinę. Był bardzo uzdolniony plastycznie, malował. Janka po powrocie z obozu pracowała w Katowicach jako dziennikarka. Później wjechała do Brazylii i tam wyszła za mąż. Zawsze pisała wiersze i opowiadania, już jako młoda osoba współpracowała z „Hejnałem”, była bardzo uzdolniona. Najstarsza córka Anna, którą nazywano często Anita, wyszła za mąż za pastora Franka i przeniosła się do domu parafialnego w centrum Wisły. Przy niej do końca mieszkał mąż Agni. Najmłodsza córka, Agnieszka, wyszła za mąż i zamieszkała w Warszawie. Willę „Sfinks” sprzedano w 1985 r. jednemu z mikołowskich zakładów pracy jako pensjonat.

Paranormalne właściwości Agnieszki Pilchowej i jej dokonania są może nie całkiem zrozumiałe dla „przeciętnego śmiertelnika”, ale są potwierdzone przez wielu naocznych świadków oraz opisane w literaturze. Można jeszcze dodać, że wszyscy pamiętali jej „ogromne jasnoniebieskie oczy, które w momencie wizji stawały się jeszcze bardziej niebieskie”, Anna Szatkowska zaś tak ją wspomina: „Była to osoba bezpośrednia, energiczna, raczej okrągła”.

Na pewno była wyjątkowa, choć nigdy nie zabiegała o popularność, a zyskiwała ją dzięki pracy wykonywanej z wielkim entuzjazmem i zaangażowaniem.