Ef 5,1-2.8-9

Bądźcie więc naśladowcami Boga jako dzieci umiłowane, i chodźcie w miłości, jak i Chrystus umiłował was i siebie samego wydał za nas jako dar i ofiarę Bogu ku miłej wonności. Byliście bowiem niegdyś ciemnością, a teraz jesteście światłością w Panu. Postępujcie jako dzieci światłości, bo owocem światłości jest wszelka dobroć i sprawiedliwość, i prawda.

Kochani, pozwolę sobie rozpocząć od pewnej pieśni, może dla nas ewangelików nieco mniej znanej, bo pochodzi ona z kręgów katolickich, ale jest w naszym kancjonale pod numerem 167 i w wielu zborach jest już śpiewana. Dokładnie przed dwoma laty w audycji „Głos Chrześcijan”, którą mam przyjemność prowadzić w ramach polskich „Wydarzeń” na antenie Czeskiego Radia, przybliżaliśmy słuchaczom wraz z moim katolickim przyjacielem z Orłowej, ks. Mietkiem Augustynowiczem, postać autora tej jakże głębokiej pieśni. Bardzo ciekawa, choć smutna historia.

Karol Antoniewicz był z wykształcenia prawnikiem, miał żonę, pięcioro dzieci. I niczym biblijny Job dotknięty został ciężkim doświadczeniem – wszystkie jego dzieci przedwcześnie zmarły, w końcu opuściła ten świat także jego żona – był to okres pandemii, pewnie w tych czasach jeszcze gorzej przeżywany niż ten nasz obecny. Wówczas Antoniewicz zamienił swój wielki dom na szpital i szkołę, stał się kaznodzieją i misjonarzem, opiekował się zwłaszcza chorymi i opuszczonymi, z wielką siłą zwalczał też pijaństwo. Po śmierci żony poświęcił się całkowicie służbie Bogu i bliźnim. Jako przełożony placówki klasztornej niósł pomoc m.in. zarażonym cholerą i sam w końcu padł też ofiarą epidemii. Pozostawił po sobie bogatą spuściznę literacką, w której na pierwszy plan wysuwa się świadome przeżywanie łaski dziecięctwa Bożego oraz przyjęcie cierpienia, krzyża, jako ważnego elementu życia chrześcijańskiego.

O tym, że krzyż Chrystusa jest najwyższym wyrazem miłości i nas też tej miłości uczy, pisze ks. Antoniewicz zaraz na początku wspomnianej pieśni, napisanej notabene tuż po śmierci żony:

„W krzyżu cierpienie,

w krzyżu zbawienie,

w krzyżu miłości nauka”.

I dziś tekst bilbijny wzywa nas do nauki miłości. Tekst z Listu do chrześcijan w Efezie – tam gdzie wiele lat spędził Jan, zwany też apostołem miłości, bo do niej jakże często w listach swoich wzywał; sam zresztą dając tej miłości Bożej przykład, kiedy zatroszczył się o Marię, Matkę Pańską i otoczył ją iście synowską opieką. To właśnie na wzgórzu nad Efezem po dziś dzień zwiedzić można niewielki domek, gdzie Maria dokonała swoich dni tu na ziemi. A Jan za swą pełną oddania i miłości do Zbawiciela postawę, został skazany na śmierć, ale ostatecznie zmieniono tę karę na wygnanie i pozbawienie wszelkich praw. I to właśnie wówczas, na wygnaniu objawia mu się Zmartwychwstały Chrystus i do zboru w Efezie dyktuje słowa: „Znam uczynki twoje i trud, i wytrwałość twoją, i wiem, że nie możesz ścierpieć złych, i że doświadczyłeś tych, którzy podają się za apostołów, a nimi nie są, i stwierdziłeś, że są kłamcami. Masz też wytrwałość i cierpiałeś dla imienia mego, a nie ustałeś. Lecz mam ci za złe, że porzuciłeś pierwszą twoją miłość. Wspomnij więc, z jakiej wyżyny spadłeś i upamiętaj się, i spełniaj uczynki takie, jak pierwej; a jeżeli nie, to przyjdę do ciebie i ruszę świecznik twój z jego miejsca, jeśli się nie upamiętasz” (Obj 2,2-5).

Czyż to nie znamienne? W dzisiejszym tekście znajdujemy niemal te same ostrzeżenia i napomnienia. Bóg uczy swój lud najpierw piórem Pawła, bo List do Efezjan jest bez wątpienia starszy, a potem również Jana. Czyżby nie poskutkowały wezwania do naśladowania w miłości Chrystusowej? Obyśmy my, którzy dziś te słowa słyszymy nie musieli za jakiś czas usłyszeć równie twardego ostrzeżenia: Upamiętaj się, bo inaczej „spadniesz ze swojego świecznika”. Bo twoje światło będzie ciemnością i czyim świadkiem będziesz wówczas?!

Bądźcie naśladowcami Boga jako dzieci umiłowane, i chodźcie w miłości”. Wezwanie do naśladowania Boga rozlega się w różnych częściach Pisma Świętego. Wszechmogący Bóg napominał lud izraelski: „Świętymi bądźcie, bo Ja jestem święty” (3 Mż 19,2). Jakże jednak człowiek ograniczony w przestrzeni i czasie, niedoskonały i grzeszny, może być naśladowcą Boga? Temu wyzwaniu sami z siebie nie potrafimy przecież podołać! Dlatego to Bóg sam wychodzi nam naprzeciw i daje wzór do naśladowania nieco bliższy naszej zdolności zrozumienia, bardziej ludzki. Stawia przed nami swojego Syna, Jezusa Chrystusa, i nakazuje nam iść Jego śladem w życiu i śmierci. W Nim Bóg stał się dla nas ludzi obecny i ślady tej obecności pozostawił wśród nas. Bóg w Nim objawił nam swoje serce, pełne łaski i miłości. Naśladując Chrystusa, naśladujemy Boga w tym, w czym można Go naśladować, a mianowicie w miłości, która kulminuje na krzyżu.

W dzisiejszym tekście Paweł konkretyzuje to wezwanie do naśladowania, pisząc: „Chodźcie w miłości”. W Słowie Bożym czytamy, że miłość Boża jest rozlana w sercach naszych, a to właśnie oznacza, że wszystko co dobre i szlachetne nie jest z nas, ale z Boga. To On jest źródłem miłości. On nas uczy miłości – uczy, czym miłość jest, bo my mamy tysiące róznych wyobrażeń i złudzeń na ten temat. My czasami nazywamy miłością to, gdy od drugiego człowieka czegoś dla siebie żądamy. Gdy chcemy czegoś czy kogoś tylko dla siebie. By mieć, posiadać. Chłopak mówi do dziewczyny: „Jeżeli mnie kochasz, to daj mi dowód”. Znamy to, prawda? Ale to jest szantaż, a nie miłość. Gdyby kochał, to by nie mówił „Bądź ty dla mnie”, ale „Ja jestem tu dla ciebie”. I nie modliłby się: „Panie Boże, daj mi dziewczynę odpowiednią dla mnie” ale „Panie, uczyń mnie najbardziej odpowiednim chłopakiem, potem mężem dla mojej ukochanej” czy potem „najlepszym ojcem dla moich dzieci” itd. Bo miłość zawsze patrzy oczyma tego drugiego. Miłość dba o prawa drugiego człowieka, a nie trzyma się aż tak kurczowo własnych praw. Ja wiem, że to jest totalnie dziwne – ale tak samo dziwnie to brzmiało, kiedy o tym mówił Jezus, a potem gdy o tym świadczyli pierwsi chrześcijanie w pierwszym czy drugim wieku naszej ery. I właśnie przez to, że to było tak niespotykane – to była rewolucja. I kiedy ludzie byli gotowi ofiarować swoją wygodę, swój czas, komfort, ale i pieniądze, majątek, a nawet życie – ta ewangelia zmieniała świat; a przede wszystkim łamała lody ludzkich serc. I dziś też jest tak samo. Świat potrzebuje ciebie – w tobie może być widać, jak bardzo Bóg kocha człowieka. Chcesz tego? Jesteś gotów coś dla tej sprawy poświęcić?

Oby to, kim i jacy jesteśmy jako chrześcijanie, było chociaż bladym odbiciem tego, jak nas kocha Bóg. Czyli jak? 1 List do Koryntian 13: „Miłość jest cierpliwa, dobrotliwa, nie zazdrości, nie nadyma się, nie postępuje nieprzystojnie, nie szuka swego, nie unosi się, nie myśli nic złego, wszystko zakrywa, wszystkiemu wierzy, wszystkiego się spodziewa, wszystko znosi”. Ścieżka naśladowania miłości Bożej, to służba drugiemu człowiekowi, temu, który jest blisko, i temu, który jest daleko, temu, który jest naszym sąsiadem i który mieszka za morzem. Dlatego pierwsi chrześcijanie zakładali szpitale, ośrodki pomocy ubogim, chorym, potrzebującym – po dziś dzień symbol krzyża o tym przypomina i oznacza służbę zdrowia. Bo chodzić w miłości, to nie znaczy pytać, co mnie się należy, ale patrzeć na świat poprzez pryzmat potrzeb drugich. Chodzić w miłości, to znaczy nieść krzyż i to każdy, nawet ten nałożony na barki przez przyjaciół. Jakże jest on wtedy bolesny i gorzki! Lecz miłość wszystko znosi i wszystko przebacza…

Chodźcie w miłości, jak i Chrystus umiłował was, i siebie samego wydał za nas jako dar i ofiarę Bogu ku miłej wonności”. A więc nasze naśladowanie Boga jest możliwe jedynie wtedy, gdy nieustannie patrzymy na Chrystusa, który jako początek i cel naszej wiary, prowadzi nas, przemienia i przeobraża na swoje podobieństwo. Zawsze mamy patrzeć na Chrystusa i Jego krzyż. A krzyż zawsze nam mówi to, co dzisiaj przypomina autor listu, a mianowicie, że Chrystus umiłował nas, i wydał samego siebie jako dar i ofiarę Bogu ku miłej wonności, a więc jako ofiarę, w której Bóg miał upodobanie. Krzyż jest przeto wezwaniem do chodzenia w miłości, bowiem dzieci Boże, obmyte krwią Jezusa Chrystusa, nie mogą na miłość objawioną w Chrystusie odpowiedzieć inaczej, jak tylko miłością. Brak miłości w naszym życiu jest pogardą krzyża, chociażby nie wiem jak byśmy przysięgali, że Wielki Piątek jest dla nas najważniejszym świętem.

Naśladować Boga – jak już zostało powiedziane – znaczy naśladować Chrystusa. Co to znaczy? Z Jezusowego wezwania do naśladowania wynika, że mamy wziąć swój krzyż na siebie, a więc doświadczenia, wszelkiego rodzaju ciężary i niedogodności życia, jak On bez szemrania dźwigać je i znosić – a to niełatwo uczynić. Dzisiejsze teksty nader dobitnie nam jednak przypominają, że nie na naszych marnych możliwościach czy na napawających nas trwogą doświadczeniach mamy się koncentrować, a na krzyżu Chrystusa, na Jego ofierze, która za nas została złożona. Gdy sobie uświadamiamy, jak drogo zostaliśmy wykupieni, musi to rodzić wdzięczność i owoce nowego życia; jak pisze apostoł Piotr w słowie, które czytaliśmy w niedzielę: „Ponieważ napisano: Świętymi bądźcie, bo Ja jestem święty, (…) jeśli wzywacie jako Ojca tego, który bez względu na osobę sądzi każdego według uczynków jego, żyjcie w bojaźni przez czas pielgrzymowania waszego, wiedząc, że nie rzeczami znikomymi, srebrem albo złotem, zostaliście wykupieni z marnego postępowania waszego, przez ojców wam przekazanego, lecz drogą krwią Chrystusa, jako baranka niewinnego i nieskalanego” (1 P 1,16-19). Dlatego też pisze apostoł Paweł: „Co zaś do mnie, niech mnie Bóg uchowa, abym miał się chlubić z czego innego, jak tylko z krzyża Pana naszego Jezusa Chrystusa, przez którego dla mnie świat jest ukrzyżowany, a ja dla świata” (Ga 6,14).

Pójść za Jezusem oznacza uczestniczenie w Jego losie, w tym sensie, że krzyż Jezusa jest też naszym krzyżem, a Jego hańba i poniżenie także naszym poniżeniem. Czyż nie z powodu krzyża Jezusa, który dla nas nie jest głupstwem, my możemy być uznani za głupców w oczach różnych przemądrzałych? Iluż wiernych chrześcijan i dziś znosi cierpienia z powodu przyznawania się do krzyża Jezusa! My, którzy mamy „luzik”, powinniśmy o nich pamiętać przynajmniej w naszych modlitwach. Bowiem jesteśmy częścią całej wspólnoty tych, którzy podjęli trud naśladowania swojego Pana. Wezwanie do naśladowania Chrystusa jest zarówno zachętą do osobistego związania się z Synem Bożym, jak też do kroczenia w społeczności z tymi, którzy w Chrystusie widzą objawienie ojcowskiego serca Boga, pełnego łaski i miłości. Kto pragnie dźwigać swój krzyż i naśladować Zbawiciela, ma iść za Nim wśród tych i z tymi, którzy w krzyżu Chrystusa widzą znak miłości Bożej i naszego zbawienia.

Jak pisał wspomniany ks. Antoniewicz:

„Kiedy cierpienie,

kiedy zwątpienie

zada bolesne ci rany,

gdy cios się zbliża,

pośpiesz do krzyża,

w nim nam ratunek jest dany.

Gdy rozpacz w łonie,

serce ci tonie,

łzami zalane powieki,

ukrzyżowany

Pan twój nad pany

od ciebie jest niedaleki”.

On ofiarował się dla ciebie. Przychodzi do ciebie ze swoją miłością, która gotowa była ofiarować wszystko. Co z tym zrobisz? Przyjmij Jego ofiarę, a w niej odpuszczenie i moc do życia oraz pokonywania własnych prób, krzyży i przeciwności.

jak

jak

Leave a Reply