J 9,1-7
Gdy przechodził, zobaczył człowieka niewidomego od urodzenia. Zapytali Go Jego uczniowie: Rabbi, kto zgrzeszył, on czy jego rodzice, że urodził się niewidomym? Jezus odpowiedział: Ani on nie zgrzeszył, ani jego rodzice, ale stało się tak, aby w nim objawiły się dzieła Boga. Dopóki jest dzień, powinniśmy wykonywać dzieła Tego, który Mnie posłał. Przychodzi noc, gdy nikt nie może działać. Dopóki jestem na świecie, jestem światłością świata. Gdy to powiedział, splunął na ziemię, zrobił błoto ze śliny i pomazał nim oczy niewidomego. Polecił mu też: Idź i obmyj się w sadzawce Siloam (co znaczy Posłany). Odszedł więc, obmył się i wrócił jako widzący.
Kochani, mamy przed sobą fragment niezmiernie bogaty w treści, dlatego pozwolę sobie skupić się na samym tekście jako takim. Moglibyśmy bowiem wiele uwagi poświęcać temu, jak to jest z darem uzdrawiana, ale to dziś, w kontekście tematów niedzieli, może mniej istotne. Niektórzy bowiem twierdzą, iż uzdrawianie to dar, który obecny był tylko we wczesnym Kościele, w czasach apostołów, i ten dar miał dodać prawomocy ich mandatowi i posłaniu. Inni twierdzą, że dar uzdrawiania jest dostępny również dzisiaj i powinien być szeroko praktykowany, tak jak to miewa miejsce podczas wielkich imprez ewangelizacyjnych w stylu wielkiego show, z podkręcającą emocje muzyką i spektakularnymi quasi-cudami. Głoszą, że Jezus umarł nie tylko za nasze grzechy, ale także za wszystkie choroby, a w imieniu Jezusa uzdrowienie jest dostępne dla każdego. Myślę, że stanowisko naszego Kościoła znajduje się gdzieś pośrodku: nie wykluczamy, że Bóg potrafi uzdrawiać i zachęcamy się nawzajem do modlitwy o uzdrowienie ludzi, ale nie w sposób, który miałby charakter manipulacyjny lub zależałby od „wystarczająco wielkiej wiary” uzdrowionych; jednocześnie nie uważamy „daru uzdrawiania” za jakąś szczególną zdolność wybranych osób, które byłyby „chrześcijańskimi uzdrowicielami”. Pan Bóg może uzdrawiać nie tylko z dolegliwości fizycznych, ale także psychicznych; nie wydaje mi się jednak, byśmy mogli „rozkazywać” Bogu, kogo ma uzdrowić, a kogo nie. Trzeba nam uczyć się wrażliwości na prowadzenie Ducha Świętego, modlić się w oparciu o Słowo Boże, z wiarą, że Jezus ma wszelką władzę w niebie i na ziemi.
Dzisiejsze słowo zdaje się kierować naszą uwagę jeszcze troszkę w inną stronę. Tekst wprost prowadzi nas, byśmy poszli dalej, byśmy się w niego zagłębili. Czytamy o Jezusie, że przechodząc ujrzał człowieka niewidomego od urodzenia. Jezus udaje się na południe Jerozolimy; świadczy o tym lokalizacja sadzawki Syloe. Mniej więcej w środku miasta na wschodzie znajdowała się świątynia, w zachodniej części poza murami wzgórze Golgota, na którym Zbawiciel został ukrzyżowany, na południowy zachód od świątyni byłby pałac Heroda i Wieczernik, a gdyby iść na południowy wschód, musielibyśmy w drodze do bram miejskich minąć Syloe. Informacja zawarta zaraz w pierwszym wierszu jest fascynująca w swej prostocie. Jezus przechodząc ujrzał niewidomego. Logiczne, bo niewidomy nie mógł zobaczyć Jego. A jednak nie jest w tej historii tak jak w przypadku innych uzdrowień niewidzących – ten człowiek nie dowiaduje się od nikogo, że Jezus przechodzi, nie woła jak Bartymeusz: „Jezusie, Synu Dawida, zmiłuj się nade mną!” On nie widzi.
To tak niesamowicie wiele mówi o jego stanie ducha. On nigdy nie widział. Nie wie, co to znaczy widzieć, jak to jest. Nie woła, nie prosi o nic, nawet nie żebrze. Siedzi. Co prawda w pobliżu sadzawki słynącej z cudów, ale wydaje się, jakby już na nic nie czekał. Obojętność. Marazm. Brak zaangażowania. Człowiek wypalony obok zbiornika z wodą. Taki paradoks.
A ten zbiornik Syloe był ładnie wybrukowany dookoła, otoczony kolumnami, znajdował się bowiem tutaj od wieków. Jakiś taki pomnik historii dawnych czasów, w tych miejscach nieodłącznie związanych z historią biblijną. W VIII wieku p.n.e. król Ezechiasz polecił doprowadzić wodę ze źródła Gichon do Jerozolimy, gdy szykował się do powstania przeciwko Asyrii. W takim wypadku woda dla walczących powstańców była niezbędna! A ponieważ nasza gwara cieszyńska jako część dialektu śląskiego nam podpowiada, iż w zdroju dziś noszącym nazwę Źródła Maryi jest wody pod dostatkiem (bo to Gichon, a jak coś „gichnie”, to wiemy jak to jest) – i to taką właśnie „gichającą” wodę, rączą, źródlaną, pełną świeżości i żywotnej siły doprowadzono specjalnym systemem w miejsce, które nazwano później Syloe. Rozmawiałem w tym tygodniu z kimś, kto wskazywał na to, jak wiele w mowie „po naszymu” znajduje się słów pochodzących z hebrajskiego, z jidysz, z kręgu wiedzy biblijnej czy kultury żydowskiej; może warto, by kiedyś ktoś zajął się naukowo tym tematem. „Gichać”, „giszeć”, „gichnąć” – to tylko jeden taki przykład.
Tylko – gdzie to wszystko się dzieje… Dolna Jerozolima. Dolna – w Górnej znajował się pałac królewski. Jak coś jest „górne”, to wzniośle się kojarzy. Jak w anglikanizmie: Kościół tzw. Wysoki i Niski. Na dole, nisko, nie ma motywacji, by wznieść się w górę, by próbować coś wielkiego tworzyć. Czuję to zarówno w określeniu miejsca, jak i samego człowieka, o którym dziś mowa. A jednak Jezus przechodzi tamtędy. I widzi człowieka, dostrzega go, widzi do głębi jego duszy, dotyka głębi jego problemu. Ewangelista Jan zdaje się tu mówić o problemie duchowym każdego człowieka. O duchowej ślepocie. O sytuacji, w której człowiek nie wie nawet, że mógłby oczekiwać lepszego życia, naprawy, zmiany jego ubogiej sytuacji. Jest tak „nisko” (Dolne Miasto), że tam nie pofatyguje się nikt, by pomóc…
Tam właśnie udaje się Jezus. On tak naprawdę nie „przechodzi”, ale idzie obok Syloe po to, by tam spotkać tego człowieka. Jezus nie organizuje mityngu i nie zaprasza tam niewidomego. On wkracza w okoliczności jego życia. A potem mówi o sobie, że trzeba działać, póki jest dzień, bo za chwilę się zrobi ciemno. I chyba nie mówi o porze dnia. Raczej mówi o sobie samym, o swoim ukrzyżowaniu. Nazwę Syloe ewangelista tłumaczy jako „posłany”. Ale to przecież Jezus jest posłanym, pomazanym czyli Mesjaszem, Chrystusem; już wielokrotnie o tym mówiliśmy. I mówi, że to On jest posłany, by spełnił wolę Ojca. Nie – by spektakularnie uzdrawiał. Po to, by wziął ludzką ciemność, upadek, upodlenie i beznadzieję na siebie. Najgłębsza, „trzynasta komnata” Jezusa – który bierze na siebie wszystkie nasze trzynaste komnaty. Naprawdę robi się ciemno.
Jakże na tym tle żenująco wypadają uczniowie, którzy jeszcze przed chwilą próbowali Pana Boga stawiać do apelu i pytać o źródła cierpienia! Musieli skądś znać tego człowieka albo o nim z kimś rozmawiać, że wiedzą, iż jest ślepy od urodzenia. I „klepią” na tych gębach tak, jak to ludzie w takich wypadkach czynią: obgadują nieszczęśnika. To sensacyjne, bo coś się tam musiało takiego wydarzyć, że tę rodzinę Pan Bóg pokarał! Pewnie rodzice zgrzeszyli? Albo on sam?
Jezus ucisza takie „klachanie”, ale coś w nim może nawet jest… I rodzice, i dzieci – ba, nawet wnuki i prawnuki są grzeszni. Ślepi na wyższe sprawy, ślepi na Boże życie, od urodzenia. Grzech, który przechodzi z pokolenia w pokolenie. Ale ta „ślepota” nie jest po to, by ktoś osądzał drugiego, tylko by się okazało, że Bóg człowieka kocha i chce mu darować wzrok oraz totalnie nową perspektywę.
O, uczniu Jezusa; ty sprzed wieków i ty dzisiejszy – i ty jesteś Syloe, czyli Posłany. Nie jednak po to, by kogoś sądzić, by o kimś gadać, by potępiać albo wyśmiewać się lub inaczej jeszcze poniżać. Po to, by znaleźć się w samym centrum czyjegoś cierpienia, by je wraz z tym człowiekiem nieść. By mu przynieść Jezusa – ewangelię o tym, że On naszą ciemność wziął na siebie. By pomóc. Bo jesteś sam z siebie ślepy jak każdy człowiek. Gdybyś twierdził, że widzisz lepiej od innych, bo znasz prawdy o zbawieniu – byłbyś jak ci faryzeusze, z którymi potem Jezus rozmawia pod koniec rozdziału. Tego uzdrowionego wykluczyli z synagogi. Sami siebie w swojej dumie nazywają „widzącymi”, a tymczasem to oni są bardziej ślepi od tego byłego inwalidy…
Mamy tu więc prawdę o powszechnej ludzkiej ślepocie czyli grzeszności, niezależnej od ludzkich starań i wysiłków, zarówno tych złych, które by jakoby miały nieszczęśliwy stan spowodować, jak i tych, które by chciały go jakoś odwrócić. A potem jeszcze coś: przedziwny sposób, w jaki Jezus temu człowiekowi daruje wzrok. Daruje, nie przywraca, bo on do tej pory nie wiedział, co to znaczy widzieć. W innych wypadkach Jezus uzdrawia słowem, dotykiem, niekiedy na odległość. Co robi tutaj? Coś odrażającego: pluje na ziemię, robi papkę z gliny i tą „ciapragą” maże oczy niewidomego. O, gdyby on widział, co się tu naprawdę dzieje, z odrazą pewnie by uciekł! Dobrze, że tego nie widzi. W kręgach pogańskich ślina była czasem kojarzona z uzdrowieniem, więc w powszechnej świadomości stanowiła coś w rodzaju środka leczniczego. Mimo to powszechnie nawet wówczas uważano ją za coś wulgarnego i obrzydliwego. A jednak to „lepienie” błota, ZIEMI na oczy kojarzy mi się z historią stworzenia człowieka z księgi Genesis. To tam czytamy, że Bóg ulepił („jacar”) człowieka z prochu, z ziemi, z gliny. A jak ten proces u Jezusa działa? Ano tak, że człowiek pójdzie i obmyje się wodą! Nie kojarzycie czegoś? Nie dostrzegacie tam nowego życia, nowego człowieka stworzonego na obraz Boży poprzez wody Chrztu Świętego? To życie jest zupełnie czymś nowym, nie tylko „naprawionym”. Bo to nie jest wzrok przywrócony, skorygowany, ale stworzony i darowany zupełnie od podstaw, od nowa. Nowe życie, które daje Jezus, jest czymś w swojej istocie innym, darowanym od podstaw. Nawet w takim „ciapkaniu i fifraniu” błota ze śliny Ewangelia pokazuje nam prawdę o nowym życiu i nowej perspektywie, jaką zyskujemy w Jezusie Chrystusie. To już nie są te „doły”, te niziny społeczne, ta dzielnica bez nadziei i perspektyw, gdzie gdyby wtedy były taksówki, to by taksówkarze nie czekali tam na klientów tylko „spieprzali” czyli uciekali, gdzie pieprz rośnie, póki jeszcze w miarę bezpiecznie. Tutaj zmienia się wszystko. Jezus idzie wgłąb ludzkich problemów i działa, reaguje, nawet chociaż człowiek nie robi ani jednego gestu w Jego stronę. On zbawia i ratuje, bo człowiek nie ma siły nawet tego chcieć. I ten człowiek dalej już nie żebrze. Jego rodzice w dalszych słowach świadczą o tym, jak stał się samodzielnym i niezależnym! To niesamowite.
Jeżeli tego zakosztowaliśmy, jeżeli i my otrzymaliśmy to „z gruntu nowe” życie – jesteśmy teraz powołani, by to i z nas, tak jak z tamtego człowieka, promieniowało. By „gichała” czy „giszała” z nas ta radość nowej wody życia. A jeśli tego brakuje – to może ten moment, by spotkać się z Jezusem i pozwolić, by dał nam nowe oczy. Takie, które widzą kontekst i dostrzegają drugiego człowieka. A przede wszystkim takie, które będą dobrze widziały to, co Bóg nam pisze w swoim Słowie, będą umiały i chciały to przeczytać, i stosować na co dzień.













Nejnovější komentáře