Hbr 4,12-13

„Bo Słowo Boże jest żywe i skuteczne, ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić zamiary i myśli serca; i nie ma stworzenia, które by się mogło ukryć przed nim, przeciwnie, wszystko jest obnażone i odsłonięte przed oczami tego, przed którym musimy zdać sprawę.”

Kochani, czy wiecie, że mamy „dzisiaj”? – „Co to farorz powiedzioł?” Czy wiecie, że mamy „dzisiaj”… Co, że znowu jakiś pokus Kożusznika o oryginalność? Nie, kochani – to kontekst naszego tekstu. Jak jest tekst, to musi być i KONtekst, czyli coś, co jest „razem z nim”, co z nim jest powiązane i współgra. No to jeszcze jedno „bardzo trudne” pytanie: Do kogo jest napisany List do Hebrajczyków? Jak chcecie, to mała podpowiedź po czesku: Komu je napsán List Židům? 🙂 No, to już jest pytanie z rzędu tych, „jako je naszy Hance na miano”. Jasne, że jest napisany do Żydów czyli inaczej Hebrajczyków. Autor pochodzący z ich kręgu używa zrozumiałych dla nich przykładów i obrazów, by coś im ważnego wyjaśnić. Nam by było może łatwiej słuchać Listu do Suszan albo przynajmniej „do Cieszynioków”, w znaczeniu mieszkańców naszej części Śląska. No, ale trochę żeśmy się kiedyś uczyli o Narodzie Wybranym, trochę jesteśmy osłuchani i oczytani w historii biblijnej, więc pewnie wystarczy i nam coś sobie poprzypominać, i odpowiednio również my to sobie pokojarzymy.

Parę wierszy wcześniej autor cytuje Psalm 95 – i wyraźnie tam mamy powiedziane, kto jest autorem, jeśli chodzi o Boże Słowo: „Dlatego, jak mówi Duch Święty…” (Hbr 3,7 nn) – i teraz jest cytat: „Dzisiaj, jeśli usłyszycie Jego głos, nie zatwardzajcie waszych serc, jak podczas buntu”… Właściwie, to w oryginalnym psalmie jest nazwa własna Meriba: „… nie zatwardzajcie serca waszego jak w Meriba”. Chodziło o miejsce, w którym Izraelici buntowali się, że nie mają wody i powtarzali to, co później jeszcze wiele razy podczas wędrówki, jak im to było dobrze w Egipcie, i po co ten Mojżesz i ten jego Bóg ich w ogóle wyprowadzali. Warcholstwa zawsze było dość, jest i pewnie będzie… Takich, co to w danym momencie jedynie mają rację i będą do upadłego wszystko blokować, a potem wykrzykiwać, że wszystko jest bezprawne, czego nie wymyślili oni sami. W Polsce z powodu takich upadła pierwsza Rzeczpospolita i były rozbiory (przez obce mocarstwa)…

Meriba znaczy „kłótnia, sprzeczka, zwada”. Jeden z czeskich przekładów tłumaczy tę nazwę jako „rozepře: „Uslyšíte-li dnes jeho hlas, nezatvrzujte svá srdce, jako se to stalo v Rozepři(z wielkiej litery, tak?). W Polsce też jest taka miejscowość czy miasto: nazywa się Rozprza. Nie wiem, kto z kim się tam „rozparł” czyli poróżnił, pokłócił – ale to jest dokładnie ten sam sens i ta sama nazwa. Apostoł wspomina te różne „rozprze” czyli „wadzenie się” ludu z Panem Bogiem, gdzie – jak On sam mówi: „… wasi ojcowie kusili Mnie, poddając próbie, choć Moje dzieła oglądali przez czterdzieści lat. Dlatego się rozgniewałem na to pokolenie i powiedziałem: Zawsze błądzą sercem. Oni jednak nie poznali Moich dróg”. I teraz inny cytat, z sytuacji kiedy lud może w końcu wejść do Ziemi Obiecanej, już stoi na jej progu – ale znowu się „wadzi” i spiera, znowu jest bunt i niezadowolenie. „Wówczas przysiągłem w moim gniewie: Nie wejdą do Mojego miejsca odpoczynku” (Hbr 3,11).

Jak to jest, ile razy trzeba przekonywać się, że Bóg jest wierny, że spełnia swoje Słowo, że prowadzi, że ratuje człowieka – a ten ciągle będzie się buntował, rozchodził z Bogiem w swoich celach, zaprzeczał sam sobie, byle jak osioł stać uparcie na tej swojej mównicy i chrzanić: Panie Boże, wszystko jest bezprawne, ja stawiam swoje „liberum veto” (wolne „nie pozwalam”), bo Ty wszystko w moim życiu robisz źle – po co nas wyprowadzałeś z Egiptu, myśmy się tam mieli tak dobrze, przy pełnych garnkach mięsa… A harowali jako najgorsi niewolnicy i gdyby już wtedy mieli samoloty, to by mięsa nawet z samolotu nie widzieli. Ważne, że teraz ryczą…

Jak już tak się X razy stało i w ostateczności jeszcze się drą przy samym wejściu do obiecanej ojczyzny, Pan Bóg w końcu powoduje, że to pokolenie musi wymrzeć nie osiągając celu swojej wędrówki; musi umrzeć widząc Kanaan jedynie z daleka, a dopiero ich dzieci tam wejdą. Zlekceważyli Boga. Zlekceważali przez lata i znieważali Jego Słowo, to co On do nich mówił. „Rozpierali” się z Nim, darli się wciąż na Niego. On do nich mówił, jak niedawno żeśmy o tym czytali, mogli niemal „twarzą w twarz” się z Nim spotykać; niemal – bo choć człowiek spotkania z Bożą świętością by nie przeżył, to jednak w Jego Słowie może się z Nim spotkać. Kiedy Bóg mówił swoje Słowa do Mojżesza, a ten potem je przekazywał ludowi, twarz Mojżesza jaśniała, promieniała; było widać, że przeżył coś tak niesamowicie wielkiego, że nie mogło go to pozostawić takim samym jak był dotychczas. I ci wszyscy ludzie to widzieli, i przeżywali tę wielkość chwili, i słyszeli te Boże Słowa… A potem kolejny, kolejny i kolejny raz okazuje się, że się zachowują, jak gdyby nic nie przeżyli, niczego nie słyszeli, jakby ich Bóg nie wyprowadził z niewoli, nie poił wodą, nie karmił chlebem i mięsem na pustyni, jakby do nich nie mówił. Nie jesteśmy i my czasami tacy? Jak w tej przypowieści Pana Jezusa, którą żeśmy czytali od ołtarza: zawsze coś to Jego Słowo z nas wydziobie, wywieje, „zlikwiduje” tak, że nie pozostanie nic, tylko znów pustynia i pustynia…

I potem autor Listu do Hebrajczyków pisze: „Bóg ponownie ustala pewien dzień – DZISIAJ – mówiąc przez Dawida po tak długim czasie, jak to przedtem zostało powiedziane: Dziś, jeśli głos jego usłyszycie, nie zatwardzajcie serc waszych. Gdyby bowiem Jozue wprowadził ich był do odpocznienia, nie mówiłby Bóg później o innym dniu. A tak pozostaje jeszcze odpocznienie dla ludu Bożego; kto bowiem wszedł do odpocznienia jego, ten sam odpoczął od dzieł swoich, jak Bóg od swoich. Starajmy się tedy usilnie wejść do owego odpocznienia, aby nikt nie upadł, idąc za tym przykładem nieposłuszeństwa” (Hbr 4,7-11). I teraz następują słowa naszego tekstu.

Ta cała Rozprza, to rozejście się z Bożym celem – hebrajska Biblia używa tutaj wyrazu „hammartia” czyli dosłownie „nie trafienie do celu” (tłumaczone jako „grzech”, tylko że tego słowa już dziś nikt nie rozumie). Drogi słuchaczu, droga słuchaczko, czy może jest to i twój przypadek, że widzisz jak przez lata Bóg stukał i pukał do twojego serca, dając tak wiele dowodów swojej miłości, przekonując cię, że „po naszymu” mówiąc: „myśli to z tobą dobrze”, że ma z tobą „myśli o pokoju, a nie o niedoli, aby zgotować ci przyszłość i natchnąć nadzieją” (Jr 29,11). Że do tej naszej ludzkiej Rozprzy przyszedł sam osobiście, by jeszcze na koniec położyć za ciebie własne życie i tak dać ostateczny dowód swojej łaski i miłości. Co z tym zrobisz? Co zrobisz z tym Słowem, które było na samym początku, bo jest nim On sam, który wszystko stworzył? „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, a Bogiem było Słowo. (…) Wszystko przez nie powstało, a bez niego nic nie powstało, co powstało. (…) Do swej własności przyszedł, ale swoi go nie przyjęli. (…) Słowo ciałem się stało i zamieszkało wśród nas…” (J 1). I teraz czytamy, że kiedy spotkasz się z tym Słowem, to to jest „albo-albo”. Sprawa ostra niczym rzymska broń, dzięki której Rzym podbił tak wiele ludów i chciał zdobyć cały ówczesny świat: „machaira”, broń o ostrzach z obydwu stron. Kiedy czytamy, że „Słowo Boże jest żywe i skuteczne, ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku”, nie pisze tutaj autor o jakiejś kondycji ludzkiego bytu, ale właśnie o tej skuteczności Bożego Słowa i nieuchronności ludzkiej – że to Słowo musi coś z nami zrobić, że nas nigdy nie pozostawi takimi samymi, że na tej naszej twarzy – że znów nawiążę do tekstu sprzed dwóch tygodni – musi być potem widać, żeśmy się spotkali z Bogiem. To Słowo przenika całego człowieka, wszystkie sfery jego życia. To mówi nam ten dzisiejszy tekst. Że jest rzeczą niemożliwą, by się ukryć przed Bożym wzrokiem, przed osądem Jego Słowa, tak by On nas nie widział. Wobec tego Słowa stajemy wszyscy jak „z odsłoniętą szyją” – to kolejna ciekawa metafora. I rzeczywiście tak to jest, że ta konfrontacja z Bogiem i Jego Słowem, kiedy pojmiemy ile razy bezustannie żeśmy się przeciwko Niemu buntowali i odrzucali kolejne dowody Jego miłości i prowadzenia, jak żeśmy znieważali drugiego człowieka obok nas, stworzonego przecież na Jego obraz; jak żeśmy nieraz przeciwko sobie samym stworzonym na Jego obraz postępowali – to widzimy wtedy, jak bardzo jesteśmy niegodni, by znaleźć się w Jego obecności, że nas powinien odsunąć i odrzucić, bo w końcu czytaliśmy w Biblii, że zapłatą za Rozprzę czyli grzech jest śmierć. Stajemy przed Jego wyrokiem niczym z odsłoniętą szyją – wobec tego miecza obustronnie naostrzonego. Wyrok. Znowu jesteśmy przy tym słowie Zakonu: nie spełniliśmy go. Bóg do nas mówił, ale myśmy Go i tak ignorowali.

Tylko że uwaga: zaraz po tym wierszu trzynastym rozpoczyna się cały długi pasaż listu stanowiący samo jego sedno – gdzie jest mowa o ARCYKAPŁANIE Jezusie. Kiedy coś takiego w takim kontekście powiedzieliście Żydowi, to dla niego było jasne, że chodzi tu o doskonałą ofiarę złożoną za ludzki grzech i bunt, za tę rzeczoną Rozprzę, rozejście się z Bożymi drogami. Osąd Słowa Bożego dotyka każdego z nas – ale oto Bóg przychodzi z doskonałym zadośćuczynieniem. On sam przychodzi, by zamiast nas „odsłonić szyję” i położyć głowę na szafot. „Mając więc wielkiego arcykapłana, który przeszedł przez niebiosa, Jezusa, Syna Bożego, trzymajmy się mocno wyznania. Nie mamy bowiem arcykapłana, który by nie mógł współczuć ze słabościami naszymi, lecz doświadczonego we wszystkim, podobnie jak my, z wyjątkiem grzechu. Przystąpmy tedy z ufną odwagą do tronu łaski, abyśmy dostąpili miłosierdzia i znaleźli łaskę ku pomocy w stosownej porze” (Hbr 4,14-16).

Czyli co tu czytamy? Kiedy już dobrze zrozumiesz, człowieczku, że jedynie kark pod miecz – Bóg mówi: Nie, nie! Śmierć za ciebie została poniesiona. Ja chcę, żebyś się znalazł na Mojej imprezie, w Moim odpocznieniu, w ziemi dla ciebie obiecanej. Myśmy tam zaglądali przed kazaniem, w przypominkach, myśląc o tych, którzy nas opuścili… My tam jeszcze za chwilę będziemy zaglądać i przeżywać przedsmak owej wspólnoty, kiedy razem uklękniemy tu przed ołtarzem i przyjmować będziemy ciało Chrystusa za nas wydane i krew Chrystusa za nas przelaną. To jest ten cudowny, fantastyczny, fizyczny nawet sposób, jak możemy ową ofiarę przyjąć i powiedzieć: Tak, Panie, jak wiem, że Ty to dla mnie uczyniłeś… Przystąpmy. Przyjmijmy. Powiedzmy sercem pełnym wiary, nie używając słów, bo słowa za małe. Dajmy się pokonać tej miłości, padnijmy przed nią i chciejmy już nie siedzieć dalej w Rozprzy, ale przeżywać odtąd każdą chwilę niczym przed Nim, w Jego obecności, by to potem z nas promieniało… Aż staniemy raz „twarzą w twarz” i wtedy już nie będzie trzeba tego jakoś tam opisywać, ale będziemy to przeżywać i radować się. To jest nasz cel. Nie koniec. Początek. Koniec boju, a początek radości. Cel – „cíl” po czesku. Nie traćmy go sprzed oczu, nie „rozpierajmy” i nie rozchodźmy się z nim.

jak

jak

Leave a Reply