Pozdrowienie przed kazaniem: Łaska niechaj będzie ze wszystkimi, którzy miłują Pana naszego, Jezusa Chrystusa, miłością niezniszczalną. Amen. (Ef 6,24)

 

Łk 18,31-43

Jezus zgromadził przy sobie Dwunastu i powiedział do nich: Oto wchodzimy do Jerozolimy i spełni się wszystko, co prorocy napisali o Synu Człowieczym. Będzie wydany poganom, wyszydzony, znieważony i opluty, a po ubiczowaniu zabiją Go, lecz trzeciego dnia zmartwychwstanie. Oni jednak nic z tego nie zrozumieli. Znaczenie tej zapowiedzi było przed nimi zakryte, dlatego nie pojmowali tego, co zostało powiedziane. Kiedy Jezus zbliżał się do Jerycha, pewien niewidomy siedział przy drodze i żebrał. A gdy usłyszał, że tłum przechodzi, dopytywał się, co się dzieje. Powiedzieli mu wtedy, że przechodzi Jezus z Nazaretu. Wówczas głośno zawołał: Jezusie, Synu Dawida, zlituj się nade mną! Wtedy Jezus przystanął i kazał go przyprowadzić. Kiedy się przybliżył, zapytał go: Co chcesz, abym zrobił dla ciebie? Odpowiedział: Panie, żebym znowu widział! Wówczas Jezus powiedział do niego: Przejrzyj! Twoja wiara cię ocaliła. Od razu też odzyskał wzrok i poszedł za Nim, wielbiąc Boga. A cały lud, który to widział, oddał chwałę Bogu.

Kochani, pozwoliłem sobie przeczytać ten fragment z nieco nowszego przekładu, choć – przepraszam – na ekranie mieliśmy tradycyjne tłumaczenie Biblii Warszawskiej. Widzę ostatnio szczególnie mocno, bo tak jakoś na to bardziej zwracam uwagę, jak piękny – ale zarazem jak archaiczny i dla współczesnego Polaka pewnie totalnie niezrozumiały bywa język zwłaszcza Ewangelii z warszawskiego tłumaczenia. Bo cóż się dziwić, to mimo wszystko pierwsza połowa dwudziestego wieku, kiedy były Ewangelie tłumaczone, a ludzie, którzy tego dokonywali, uczyli się języka nierzadko jeszcze pod koniec wieku dziewiętnastego – albo na przełomie stuleci – i to w dodatku w środowisku używającym na co dzień innego języka; najczęściej niemieckiego. W ich podświadomości jako model polszczyzny musiał więc funkcjonować piękny język Biblii Gdańskiej, a jej Nowy Testament został wydany w roku 1606; czyli biorąc pod uwagę lata pracy nad przekładem – mamy już język połowy szesnastego stulecia! No, a my zwłaszcza teraz, w naszych czasach, widzimy, jak straszliwie wszystko pędzi naprzód i jak zmienia się język. Przed dwoma tygodniami mówiłem, że tu u nas po czeskiej stronie jest on siłą rzeczy „zakonserwowany” na poziomie lat dwudziestych i trzydziestych ubiegłego wieku, bowiem to właśnie wówczas uczyli się po polsku nauczyciele wielu z nas. Ksiądz Suchanek w redakcji tekstów stosował na przykład pisownię ze swoich szkolnych lat, której uczyła się też moja mama – a już w połowie stulecia to, co wskazywane było przed wojną jako wyjątek na przykład dla pisowni przez „ch”, pisane było przez samo „h”; tak samo z pisownią oddzielną i łączną wyrazów, tak samo jeśli chodzi o pewne idiomatyczne sformułowania itp.

Czemu o tym mówię i dlaczego robię taką językową „wycieczkę”? Ano, dlatego, żebyśmy zrozumieli choć trochę dwunastu uczniów Jezusa i to, co On stara się im powiedzieć. Kiedy bowiem czytamy, że „bierze ich z sobą”, to wcale nie musi oznaczać, że dokądś idą, ale że mają dla siebie czas, że są razem i potrafią poświęcić sobie uwagę. Być może czasami w radio słyszycie (jeśli słuchacie współczesnych polskich stacji; nie jedynki która emituje muzykę sprzed pięćdziesięciu lat) utwór, którego autor świadomie stosuje pewien błąd językowy: „Weź nie pytaj, weź się przytul, weź tu ze mną weź tu bądź”. To już jest chwyt literacki, kiedy stosuje się w takim przerysowaniu język codzienny, czyli potoczny. Ale to „weź”, to jest dokładnie to, co robi Jezus – przyciągnięcie uwagi. I czyją uwagę chce Jezus na coś ważnego zwrócić? „Dwunastu”. Ci najbliżsi. Potem było siedemdziesięciu dwóch, potem były szersze grona uczniów – ale ci są z Nim zawsze. I co im Jezus mówi? Oto wchodzimy do Jerozolimy i tutaj dokonane zostanie wszystko, co napisano u proroków o Synu Człowieczym. To samo słowo zabrzmi później z krzyża: tetélestai dokonane jest, wykonało się.

Jezus mówi, że to wszystko, co się stanie, przepowiedziane zostało w Pismach i mówią o tym prorocy. O tym, co stanie się z Synem Człowieczym. To szczególne określenie: idiom semicki, używany najpierw w znaczeniu „człowiek”, w kontekście kontynuacji pokoleń, ale już później u proroków jako pewien tytuł. W księdze proroka Daniela znajdujemy już konkretną wizję: „Patrzałem w nocnych widzeniach: a oto na obłokach nieba przybywa jakby Syn Człowieczy. Podchodzi do Przedwiecznego i wprowadzają Go przed Niego. Powierzono Mu panowanie, chwałę i władzę królewską, a służyły Mu wszystkie narody, ludy i języki. Panowanie Jego jest wiecznym panowaniem, które nie przeminie, a Jego królestwo nie ulegnie zagładzie” (Dn 7,13.14). Przy czym już sami Żydzi dostrzegają tutaj nie tylko zbiorowość, lud wybrany, czyli siebie samych, własny naród, jak zazwyczaj przy takich tekstach się dzieje, ale indywidualnego reprezentanta ludu, kogoś, kto staje przed Najwyższym w imieniu ludu, w imieniu czlowieka, ale ma boską godność. Stąd już tylko kroczek do naszego rozumienia tego fragmentu.

Zapowiedź tego, co czeka Syna Człowieczego. Tu wszyscy rozumieją: to mowa o Nim, o Chrystusie, Mesjaszu, który już za chwilę obejmie „panowanie, chwałę i władzę”. Dwunastu – ale i szersze grono uczniów – widzi tylko to. Gdy Jezus używa w odniesieniu do siebie tytułu Syn Człowieczy, od razu kojarzą fragment z Księgi Daniela. Wiadomo, kto to jest. Na Niego przecież czekali od pokoleń! Naród od wieków okupowany przez obce moce oczekuje wyzwolenia. Kto będzie blisko Niego, może spodziewać się godności i zaszczytów; a oni chcą być „po właściwej stronie”. Nawet – jak ostatnio czytaliśmy – matka dwóch z nich chce im to „załatwić” u Jezusa, by byli po prawicy i po lewicy, czyli najbliżej.

A On mówi coś takiego! Mówi o cierpieniu, wydaniu w ręce pogan, o tym że będzie wyszydzony, znieważony i opluty, ubiczowany i zabity. A dnia trzeciego powstanie. A oni słuchają – uważajcie – jak gdyby to był język sprzed czterystu lat! Mowa sprzed wieków, zupełnie obca. Co to do nas mówi? My tych słów nie rozumiemy. To coś dla nich zakrytego. Słowo kekrummenos pochodzi od krupto, a co to jest krypta, to my wiemy. I co się w starych kryptach chowa. Albo kogo tam przed wiekami pochowano. Totalnie stary grobowiec. Coś tak „kosmicznie” sprzed wieków, że już dziś nikt kompletnie nie rozumie, o co by mogło chodzić. Dlatego przedtem wyjaśniałem te kwestie języka – uczniowie słuchają o czymś, co prawdopodobnie ktoś kiedyś zapowiedział, ktoś coś zapisał – ale jaki to może mieć związek z nami? Ze mną dziś? Z Synem Człowieka, co do którego mamy jasne i konkretne wyobrażenia?

Słowa Jezusa są dla uczniów jak „pochowane w krypcie”, zakryte, schowane, niedostępne, nieaktualne, niedzisiejsze. Przesłanie ze starych grobowców. Tak, przed wiekami prorocy to zapowiedzieli, ale… Czy i my nieraz nie podchodzimy w ten sam sposób do niektórych słów z Biblii? Tak, w świętej księdze coś jest zapisane, ale… Jaki to ma związek z moim życiem? Czy w ten sam sposób nie podchodzimy do ostrzeżeń płynących z doświadczeń innych? Czy w ten sam sposób nie słuchamy tzw. reklam społecznych – o wymuszaniu pierwszeństwa, o wypadkach, o telefonowaniu za kierownicą, o badaniach mających na celu wczesne zdiagnozowanie poważnych chorób, o zagrożeniach jakie stwarza niezdrowy tryb życia czy żywienia… Wiele można by wymieniać. „Nie przyjdzie to na ciebie”, mówią uczniowie do Jezusa przy innej okazji. To tylko taka gadka, która ma za cel ostrzegać – ale przecież chyba mnie to nieszczęście nie dosięgnie? Tak, choroby się zdarzają, tak, wypadki, ale ja…? Tak samo traktujemy słowa Biblii o tym, by być gotowym, przygotowanym, by zapewnić sobie tak zwane „zbawienie” czyli pewność bycia uratowanym, ocalonym… Jeszcze przecież mam czas. Bóg mówi nam, że nas kocha, że Mu na nas zależy, ale my chowamy te słowa „głęboko w krypcie” archaicznego języka naszych Biblii, po które właśnie dlatego nie sięgamy, bo nam się wydaje, że to coś sprzed wieków albo coś, co dotyczy tak dalekiej przyszłości, że nie przystoi na razie się tym zajmować.

To „przesłanie schowane w krypcie” uczniowie zaczną powoli zrozumiewać dopiero kiedy On, Syn Człowieczy, sam wyjdzie z grobu zmartwychwstały! W swym cierpieniu, śmierci i powstaniu z martwych jest naszym reprezentantem. Moim i twoim. Nas, ludzkości. Naszego człowieczeństwa. I gdy do tego dodamy znaczenie tamtego obrazu z proroka Daniela, pojmiemy na czym polega nasze ocalenie – ukryci w Jego reprezentacji, w tym, co On dla nas „wykonał”, co „dokonane jest”, możemy ostać się przed sądem wieczności. Tak jak On musiał przejść przez śmierć – ale w tym stanie na wieki nie został, tak stanie się z nami. I tu już moglibyśmy przejść płynnie do przypominki, wspomnienia waszych bliskich – ale jeszcze chwileczka. Bowiem to zasadnicze pytanie brzmi: czy te prawdy są dla nas tak aktualne, jak z krypty starych pism sprzed wieków – czy też chcemy je traktować poważnie i zrozumieć, co dziś Bóg chce do nas powiedzieć. Zaraz potem jest cała historia, której nawet jeszcze nie dotknęliśmy – uzdrowienia niewidomego. Znamy ją, słyszeliśmy, nie będę przypominał. Ale jedna rzecz, która tam jest ważna – nie wiem czy wiecie – to fakt, że człowiek ten prawdopodobnie kiedyś widział. Gdy Jezus go pyta „Co mam dla ciebie zrobić”, człowiek ten odpowiada: Kurie, hina anablepso – dosł. „abym znowu widział”. A Jezus mu mówi: Zacznij znowu widzieć. I tak się też stało, po raz trzeci zostaje tu użyte to samo słówko: zaczął znowu widzieć.

Może ktoś powiedzieć, że to tylko kwestia użycia pewnej formy gramatycznej, i że w odniesieniu do ślepego od urodzenia na innym miejscu też zastosowane zostaje to samo słowo… Dla mnie jednak ten kontekst wydaje się dość ważny – co innego człowiek, który nie zna świata widzących, nie zna innej rzeczywistości niż ta, w której żyje – a co innego ktoś, kto choćby mgliście pamięta, jak wyglądała twarz matki, jaka była zieleń drzew, błękit nieba… Bo wiecie, to mi uzmysławia sytuację nas wszystkich – w których serce włożony został pewien obraz, obraz życia dobrego, pięknego, sensownego. Ale on jest zdeformowany, zniekształcony – już prawie go nie widzimy ani nie pamiętamy, jak wygląda. Jak powinno być naprawdę. Gdy ktoś nam o tym mówi, to jest to dla nas jak „schowane w krypcie”. Nie rozumiemy z tego „ani du du”. Aż w pewnym momencie zrozumiemy jak ten niewidomy: oto teraz jest jedyna okazja – Jezus przechodzi, On tu jest! „Panie, spraw, abym znowu widział!” To nie jest jakiś wielki czyn wiary („wiara twoja cię ocaliła”). Nie – to akt uchwycenia się kogoś, o kim wiem, że mi może pomóc. Że On, Syn Boży czyli pochodzący „z góry” (mówiąc umownie), jest też Synem Człowieczym czyli moim reprezentantem, że On tak chce, że po to cierpiał i umarł za mnie, by Jego zmartwychwstałe życie mogło być moim. Na zawsze, czyli na wieki. Bym znowu zaczął widzieć, czyli by ten obraz „Bożego podobieństwa” mógł zostać w moim człowieczeństwie krok po kroku odtworzony, aż kiedyś osiągnie pełnię tam, przed tronem Przedwiecznego, gdy to co „sprzed wieków” będzie aktualną rzeczywistością, sprzed upadku w grzech; nie poselstwo z jakiejś starej krypty, ale zapewnienie miłości wiernego Boga, który się nie zmienia, jest wciąż taki sam.

jak

jak

Leave a Reply