Mk 14,3-9

Kiedy Jezus był w Betanii w domu Szymona Trędowatego i spoczywał przy stole, przyszła kobieta, która miała alabastrowe naczynie z prawdziwym olejkiem nardowym, bardzo kosztownym. Rozbiła naczynie i wylała olejek na Jego głowę. Niektórzy z obecnych tam oburzali się: Po co takie marnotrawstwo olejku? Można było przecież ten olejek sprzedać za więcej niż trzysta denarów, a pieniądze rozdać ubogim. I ganili ją. Jezus zaś powiedział: Zostawcie ją! Dlaczego wyrządzacie jej przykrość? Spełniła wobec Mnie dobry uczynek. Ubodzy bowiem zawsze są wśród was i kiedy zechcecie, możecie im wyświadczyć dobro. Mnie jednak nie zawsze mieć będziecie. To, co miała uczynić, uczyniła. Zawczasu namaściła Moje ciało na pogrzebanie. Zapewniam was, że gdziekolwiek na świecie będzie głoszona Ewangelia, będzie się również opowiadać o tym, co zrobiła ta kobieta, aby o niej pamiętać.

No i gdzie te palmy? Powiecie – w naszym ewangelickim środowisku nie ma zwyczaju święcenia palm, przynoszenia ich do kościoła itd. No, ale my mamy mocno ekumeniczny skład; może by jednak gdzieś w naszym nabożeństwie te symboliczne palmy znalazły swoje miejsce czy uzasadnienie… Raz widziałem, że Na Niwach w Cieszynie dzieci po szkółce niedzielnej wychodziły z gałązkami palmowymi… Nawet się nad tym zastanawiałem czy nie napisać Marteczce, żeby coś zorganizowała – ale tu mi w sukurs przyszedł ten nasz dzisiejszy tekst. Ponieważ jest z ewangelii, nie czytamy dziś tego charakterystycznego o wjeździe Pana Jezusa do Jerozolimy, kiedy to tłumy słały przed Nim gałązki palmowe. Wjeżdżał na osiołku – dla każdego w miarę zorientowanego w Piśmie Żyda (a oczytani to oni naprawdę byli) był to czytelny symbol wjazdu Króla Dawidowego, czyli spełnienie proroctw o Mesjaszu, tym posłanym od Boga, by zbawił, uratował nie tylko swój lud, ale w kontekście jest tam gdzieś cała ludzkość… To my dziś symbolu osiołka nie rozmumiemy, ale dla ugruntowanych w Piśmie to był dość czytelny znak. No i te palmy… W języku polskim mówi się o „palmie pierwszeństwa”. Ten frazeologizm czyli związek wyrazów oznacza pierwsze miejsce, zwycięstwo, triumf. Wzięło się to stąd, że w antyku przez wręczenie gałązki palmowej czy udekorowanie nią oznaczano zwycięzców w zawodach sportowych lub rozgrywkach intelektualnych. Kiedy tłum, który w Jezusie rozpoznał Mesjasza (zaraz wam powiem, dlaczego właśnie tego określenia używam) słał przed Nim gałązki palmowe, oznaczało to, że On jest zwycięzcą, że witają Go jako Tego, który triumfuje, który zaniedługo okaże swoją królewską chwałę i odmieni los od dawna okupowanego narodu. To też mieli na myśli Jezusowi uczniowie Jakub i Jan, kiedy Go prosili, by mogli w przez Niego odnowionym rządzie zajmować przednie miejsca. To w końcu musiał mieć na myśli Judasz, kiedy widząc, że Jezus nie wykazuje żadnych znamion polityka i wodza narodowego, uznał, że to jednak nie Ten… W naszym tekście Judasz nie jest wymieniony z imienia, ale w innej ewangelii to właśnie on jest określony jako ten, kto mówi o marnotrawstwie kobiety. Bo ma wrażenie, że Jezus jednak nie jest tym zapowiadanym Mesjaszem.

Mesjasz – kluczowe słowo. Ten hebrajski „tytuł” został na grecki przetłumaczony jako Chrystus. Maszijah – Christós: obydwa słówka znaczą po prostu „namaszczony”. A namaszczenie było związane z objęciem władzy przez króla. My znamy w naszych europejskich kulturach pojęcie „korony” – gdy komuś zostaje włożona na głowę podczas uroczystej ceremonii i potem ją nosi w kluczowych momentach, to wiadomo, że jest to insygnium władzy, rządów. Wówczas w Izraelu to właśnie NAMASZCZENIE oznaczało wybór Boga i uświęcenie do szczególnej służby; notabene to namaszczenie też jest we współczesnych ceremoniach koronacyjnych obecne, tylko nie jest aż tak spektakularne. Wtedy to właśnie ów olejek był kluczowy. Czytałem, że gdy król wstawał wówczas ze swego tronu, gdy szedł między wiernymi, nawet gdy po jakimś czasie pełnił swoje normalne obowiązki – ta woń olejku musiała być odczuwalna. To, o czym czytamy dziś w ewangelii, choć nie ma tam palm ani osiołka, jest więc jeszcze ważniejsze: to jest namaszczenie Króla, tego zapowiadanego w Pismach. To mandat królewski. Niektórzy bibliści piszą o tym, że gdy Jezus był później sądzony, poniżany podczas procesu, potem biczowany i prowadzony na ukrzyżowanie, woń nardu, niezmiernie cennego olejku pochodzącego gdzieś z Indii, musiała być ciągle jeszcze odczuwalna… Kiedy stał przed Piłatem, gdy Go prowadzono ulicami Jerozolimy na Golgotę, gdy przybijano do krzyża… Kto wie, prawdopodobnie tak rzeczywiście musiało być.

Na wczoraj, notabene dzień urodzin Jana Amosa Komeńskiego, mieliśmy hasło dnia wylosowane w Odnowionej Jednocie Braterskiej w Herrnhut czyli Ochranovie, z końcówki Psalmu 80. Muszę „dwie słowie” wtrącić na ten temat, bo to ważne. Od 295 lat wylosowywane są w Herrnhut te hasła biblijne na każdy dzień, które my chętnie czytamy i jakże często widzimy, że trafiają dokładnie „w punkt” naszych sytuacji życiowych, że do nas i współcześnie tak bardzo mocno przemawiają. A ta Jednota odnowiona, to emigranci od nas z okolic Suchdolu, Fulneka, Nowego Jiczyna, ewangelicy którzy zbierali się jak nasi cieszyńscy przodkowie potajemnie w lasach na nabożeństwach (na jednym takim miejscu byliśmy raz z wycieczką zborową; w lasku kołu Suchdolu nad Odrą). Potem gdy nowo wybudowany został kościół Jezusowy na Wyższej Bramie w Cieszynie, tajnie i z wielkim poświęceniem przedostawali się do niego na nabożeństwa, by później pokrzepiać współwierców u siebie w domu podczas tajnych znów zgromadzeń. Bo gdyby kogoś ujawniono, to w Muzeum Braci Morawskich w Suchdolu możemy zobaczyć, jak surowo był traktowany: odbierano majątki, więziono, biczowano i to nie tylko mężczyzn, ale także kobiety. W najnowszym „Przyjacielu” przeczytacie w artykule ks. dra Marka Říčana np. o Dorocie Böhm, która za swoją wiarę była obok innych kar trzykrotnie skazana na 40 uderzeń biczem, po których do końca życia pozostały jej blizny. Hrabia Mikołaj von Zinzendorf z Górnych Łużyc oferował tym ewangelickim Morawianom ziemię na swoich włościach i pomógł zorganizować kilka fal emigracji. I żeby było ciekawiej, to zbiegło się to z wydaniem „Historii fratrum bohemorum” czyli dziejów Braci Czeskich, dzieła Jana Amosa Komeńskiego, wydanego wpierw w Amsterdamie, a po czasie także w Halle. Gdy to przeczytał Zinzendorf, tak się tym zainspirował, że zorganizował w Herrnhut Odnowioną Jednotę Braterską, która nawiasem mówiąc wysyłała później misjonarzy na cały świat i po dziś dzień te misje uznawane są za modelowe, wzorcowe prowadzenie działalności misyjnej. Znowu wszystkie szczegóły mozaiki układają się w jedną całość.

No i teraz wróćmy do tego zdarzenia z Ewangelii Marka. Uczniów (czy Judasza) Jezus uspokaja mówiąc, że ubogich zawsze będzie dosyć i będzie się o kogo troszczyć – rzeczywiście to naśladowcy Jezusa będą później prekursorami w zakładaniu szpitali, sierocińców, trosce byśmy powiedzieli „socjalnej” o biednych i potrzebujących. Ale ją zostawcie – mówi o kobiecie – bo o tym jej czynie opowiadać i czytać się będzie przez wieki. Tak, bo to On jest tym Namaszczonym. Tym Królem. Krewna, która mnie lata nie widziała, po pewnym pogrzebie mnie przywitała słowami: „A, ty jsi TEN farář!” To On, to TEN Namaszczony. Tylko że Jezus jeszcze coś dodaje: że kobieta namaściła Go na Jego pogrzeb. Po tych słowach Judasz odchodzi (pisze się o tym zaraz w kolejnym wierszu), odchodzi by wydać Jezusa kapłanom. Bo się „przekonał”, że to jednak NIE TEN. Nie namaszczony na Króla, wodza, wybawiciela – ale na pogrzeb… Trochę tego Judasza zaczynamy rozumieć – nie rozpoznał, że królowanie Mesjasza polega na czymś zgoła innym niż by człowiek mógł pomyśleć. Że musi cierpieć, wziąć na siebie nasze poniżenie, naszą karę, nasze cierpienie i konsekwencje grzechu – aż do samego końca. A zwycięstwo, triumf okaże się aż trzeciego dnia, gdy wstanie z martwych. Nie dla uratowania jednego narodu spod okupacji (który znów by się pod inne okupacje dostał, a w końcu musiał nawet przechodzić holocaust) – ale by wyzwolić człowieka, ludzkość, mnie i ciebie spod wiecznej mocy śmierci.

I w tym Psalmie 80, z którego było hasło na urodziny Komeńskiego czyli Dzień Nauczyciela, możemy przeczytać coś szczególnego – wiersz 17.: „Niech Twoja ręka spocznie na Tym, który stoi po Twojej prawicy, na Synu Człowieczym, którego obdarzyłeś swoim mandatem”. Wow! Znak, mandat Bożego wysłania, boskiego pochodzenia – bo to Ten, który od Boga samego pochodzi. Oznaka wysłania i błogosławieństwa dla owego Bożego Mesjasza, Namaszczonego. Tylko, że gdy już tu jest na tej ziemi, kiedy spełnia swoje zadanie, mówi najpierw o śmierci i pogrzebie. Nie wiadomo kim była ta kobieta, która Jezusa namaściła – niektórzy mówią, że to Maria Magdalena, ale tak naprawdę nie wiemy. Bo Maria Magdalena pójdzie później trzeciego dnia po Jego śmierci, gdy skończy się szabat, by namaścić ciało Jezusa. Nie wie, że został On jednak pochowany w zgodzie z ceremoniałem, że olejki przyniósł i zaopatrzył ciało Jezusa Nikodem, człowiek z grona kapłanów, który wcześniej w nocy spotkał się z Jezusem i mówił z Nim o nowym narodzeniu. Maria kompletnie tego nie wie, więc idzie z olejkami i zastanawia się, kto jej odsunie od wejścia do grobu ten 3,5-tonowy kamień. To by już Jezus był trzeci raz namaszczony!

Ale dla nas jest ważne to, co mówi w tym momencie. Jego mandat, Jego posłanie królewskie i zbawcze polega na tym, że najpierw odda swoje życie. Że poświęci się za człowieka aż do ostateczności. Po to przyszedł. Tak był zapowiadany, choć to zawsze trudno było zrozumieć – nawet już po śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa uczniowie mieli problem skojarzyć fakty, które dobrze z Pisma znali; Jezus musiał im na przykład przez całą droge do Emaus to tłumaczyć.

I jeszcze jeden aspekt tam widzę – taki fajny ludzki, duszpasterski. Uczniowie mają tę cechę, którą mamy często my: chcemy wartościować, oceniać według własnych kryteriów to, co ktoś drugi robi dla Chrystusa, w służbie, dla Bożej sprawy. Czy to efektywne, czy nieefektywne. A zatem, co warto robić, a czego nie. Mierzenie efektywności i rozliczanie. Motyw i powód dobry i chwalebny: nie marnotrawić energii, czasu, środków… Tak? Bo my najlepiej wiemy, co służy Bożej sprawie… A wiemy? Mam wrażenie, że Jezus nas uczy dziś czegoś więcej. On patrzy na serce. On widzi motywację tego szczerego odruchu serca. On widzi, że to co uczyniła ta kobieta, powodowane jest miłością. Ten nard ktoś przeliczył na dzisiejszą wartość nowej „oktawki”. Czy więc bardziej miła Bogu będzie efektywna pomoc wielu dziesiątkom ludzi – ale z wyrachowania? Nie chcę tutaj odpowiadać, bo nie wiem. Pytajmy o to w modlitwie. Ale Jezus mówi: „Nie czyńcie jej przykrości”. Nie wartościujcie. Nie potępiajcie…

To dla mnie przyszedł zapowiadany w Pismach Namaszczony. Z mojego powodu zamiast tronu chwały przyjął biczowanie, poniżanie i śmierć na krzyżu. Dla mnie był namaszczony do grobu. By dla mnie i dla ciebie zyskać życie. By tę, która posłużyła z miłości ale nieefektywnie, nierentownie – podnieść i pokazać, że On widzi dalej i głębiej. Że zna i przemienia ludzkie serce. Że zmienia charakter człowieka. Że widzi i zna twój ból i problem – On wziął je na swój krzyż, by tobie darować życie, sens i pełnię. Czy chcesz je przyjąć? Czy pozwolisz, by i w twoim życiu i rzeczywistości była choć trochę odczuwalna ta Jego woń…?

jak

jak