Jak zwykle tuż przed świętami poproszony zostałem przez naszą radiową redakcję „Wydarzeń” o garść refleksji. Jeśli więc nie słuchaliście, albo zanim posłuchacie…

Kiedy przejeżdżałem wczoraj przez naszą pooraną hutami i kopalniami ziemię śląsko-cieszyńską, mogłem obserwować, jak szybko odradza się przyroda. Naprawdę, w miejscach gdzie jeszcze we wtorek było coś żółtawo-trawiasto-suchego, wczoraj przy stosunkowo wysokich temperaturach zaczęło się pięknie zielenić, a nawet na niektórych drzewkach zaczęło pojawiać się kwiecie. Ktoś mnie skrytykuje i powie, że media kłamią, że u niego w okolicy tak nie ma… Ja mówię o tym, co widziałem w okolicach Karwiny i Dąbrowy, choć niektóre zjawiska można było obserwować już od Trzyńca.

Każdego roku to zwycięstwo życia w metaforyczny acz nader przekonujący sposób uświadamia mi nie tylko to, jak pięknie wszystko wokół nas zostało stworzone, ale przede wszystkim, do czego jesteśmy powołani: do zwycięstwa życia. I znowu ktoś powie, że to nic odkrywczego, a jednak trudno nie zachwycać się tym, jak wielkim, potężnym i przepięknym darem jest cud życia. Ta jakże pięknie budząca się wiosną przyroda przywodzi mi na myśl duchowe prawdy dotyczące zwycięstwa życia nad śmiercią, jakie darował nam Bóg za sprawą ofiary krzyżowej oraz zmartwychwstania swojego Syna. Niezaprzeczalnie cieszy oko to, że przyroda odradza się w swoim biegu, czego jednym z symboli wielkanocnych jest jajko, innym zieleń, jeszcze innym coś kwitnącego, co dodaje się do świątecznej dekoracji – pociesza kiedy ogrzeją człowieka promyki wiosennego słonka, gdy znienacka zatreluje gdzieś obok drózd, a kosy od rana wypełniają przestrzeń dźwięku swoimi popisami. Kiedy jednak dusza człowieka przybita jest od smutku tak bardzo, że nic nie jest nas w stanie rozradować, gdy rzeczywistość choroby, niepewności, umierania, wahań nadziei na przemian z rozpaczą, powoduje że nie ma człowiek zwyczajnie siły ani ochoty dostrzegać tych przejawów pociechy wokół, cóż wówczas pozostaje? Bezdenny smutek? Wielka, rozpaczą ziejąca dziura w świecie, z którego odszedł ktoś bliski i ukochany?

Tego rodzaju odczuć i doświadczeń pełna jest nasza rzeczywistość. Jasne, że nie było tego widać na tych tłumach, które wyległy także we wczorajsze słoneczne popołudnie na błonia nad Łucyną w Błędowicach – ale zdajemy sobie sprawę, kiedy żegnamy coraz to młodszych i zdrowych przed covidem ludzi, jak straszne pokłosie zbiera ta choroba rozrywając rodziny i zabierając ojców czy matki w sile wieku. Tu zieleń czy śpiew ptaków nie pomogą. Tu nie pomogą nawet słowa współczucia. Bo cóż powiedzieć – szczerze, zwyczajnie i po ludzku, żeby to nie było patetyczne i by było choć trochę prawdziwe…

Ewangelia wielkanocna również o tym mówi. O rezygnacji i beznadziei. Na uczniach Jezusa to tak niesamowicie widać: Nic już nie będzie takie samo! On odszedł, nie ma Go! „A myśmy się spodziewali, że On odkupi Izraela” – rzuci ktoś z nich w drodze do Emaus. A ktoś inny z rezygnacją stwierdzi: „Idę łowić ryby” – „Pójdziemy i my z tobą”, mówią inni – i nic z tego nie wychodzi. Bo w żałobie nawet ryba nie bierze. Musi do nich dotrzeć, że oto w sposób, jakiego by się zupełnie nie spodziewali, pojawia się pośród nich Zmartwychwstały. Oni Go nie poznają, bo tak bardzo się Go nie spodziewają, bo tak bardzo to niemożliwe, żeby On żył, żeby był tuż obok, że dociera do nich kto to jest dopiero kiedy do nich mówi „Pokój wam” i „Nie lękajcie się!”

Kilkakrotnie słyszałem w ostatnim czasie po pogrzebach, jak ktoś z najbliższej rodziny opłakującej zmarłą czy zmarłego stwierdzał z pewnym jednak pokojem i otuchą w głosie: To jest jednak inna perspektywa, którą możemy mieć dzięki nadziei pokładanej w Chrystusie. Że możemy powiedzieć: „Z Bogiem, do widzenia” i nie mieć tylko na myśli tego, że zgasła oosoba pozostaje w sferze naszej blednącej z czasem pamięci. Wiara daje inną perspektywę. Nie że ta wiara taka wielka, wspaniała i silna – bo ona przeważnie jest taka, jakby jej nie było, jak to ziarenko gorczyczne, o którym mówi Jezus. Ale Ten, któremu wierzymy, zwyciężył nad śmiercią, pokonał ją, pokonał nasze minięcie się z życiowym celem określane w religijnym slangu słowem „grzech”, pokonał wszystko, co jest jego konsekwencją.

To jest dla mnie najważniejsze przesłanie i największy atut tych świąt. To jest najcichszy, ale jednak najwyraźniej ostatecznie docierający do mojego ucha i serca głos: On zmartwychwstał! Poświęcił się za mnie, oddał wszystko, oddał siebie, swoje istnienie, życie. Po to, by mnie uratować. By mnie i tym, których kocham, wszystkim którzy są obok, dać nadzieję, perspektywę, życie…

Naprawdę z całego serca życzę Państwu, byście też to mogli odkryć. Myślę, że właśnie tę prawdę mogą nam odsłonić święta Wielkiego Tygodnia i Wielkiej Nocy, choć już drugie z kolei pandemiczne. Może nas uczą, byśmy pogłębili nasze patrzenie na świat i myślenie o życiu, mogli zyskać wewnętrzną siłę i pokój nawet wtedy, kiedy wszystko w środku płacze i krwawi. Ale to już zadanie dla Boga, bo cokolwiek by powiedział człowiek, będzie w takiej sytuacji karykaturalnie brzmiącym banałem.

Pokoju z góry na te święta życzę!

jak

jak

Leave a Reply