Hbr 1,1-14

Bóg, który dawniej wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał do ojców przez proroków, w tych ostatnich dniach przemówił do nas przez Syna. Jego ustanowił dziedzicem wszystkiego, przez Niego też stworzył wszechświat. Ten Syn, który jest odblaskiem Jego chwały i odbiciem Jego istoty, który podtrzymuje wszystko mocą swojego słowa, gdy dokonał oczyszczenia z grzechów, zasiadł po prawicy Majestatu na wysokościach. I o tyle wyższy stał się od aniołów, o ile wspanialsze od nich odziedziczył imię. Któremu bowiem z aniołów Bóg powiedział kiedykolwiek: Ty jesteś Moim Synem, dzisiaj Ja Ciebie zrodziłem? Albo: Ja będę Mu Ojcem, a On będzie Mi Synem? Kiedy zaś znowu wprowadzi Pierworodnego na świat, powie: Niech Mu się pokłonią wszyscy aniołowie Boga. A do aniołów powie: On czyni swoich aniołów wichrami, a swoje sługi płomieniami ognia. Do Syna natomiast: Twój Tron, o Boże, na wieczne czasy, berło prawości berłem Twojego Królestwa. Umiłowałeś sprawiedliwość, a znienawidziłeś nieprawość, dlatego Twój Bóg, o Boże, namaścił Ciebie olejkiem radości bardziej niż Twoich towarzyszy; oraz: Panie, Ty na początku osadziłeś ziemię na fundamencie i dziełem Twoich rąk są niebiosa. One przeminą, ale Ty pozostaniesz. I wszystkie rzeczy jak szata się zestarzeją, i jak płaszcz je zwiniesz, jak szatę, i odmienią się. Ty zaś jesteś Ten sam, a lata Twoje nie ustaną. Do którego natomiast z aniołów powiedział kiedykolwiek: Siądź po Mojej prawicy, aż położę Twoich nieprzyjaciół jako podnóżek pod Twoje stopy? Czy nie są oni wszyscy duchami służebnymi, posłanymi, by służyć tym, którzy mają otrzymać zbawienie?

Dlaczego świętujemy Boże Narodzenie? Psychologia wyjaśnia nam już dzisiaj, co właściwie zmusza ludzi co roku do tych maratonów, najpierw zakupowych, sprzątania i gotowania, a potem telewizyjnych, odwiedzinowych i objadania się. Wysiłek i nerwy są ponoć oznaką tego, że – świadomie lub podświadomie – czujemy, iż za nimi kryje się coś ważnego. Dlatego też moralizatorskie podejście Kościoła lub filozofów, że jest to jedynie pusty i niepotrzebnie frustrujący konsumpcjonizm, nie jest do końca na miejscu – ludzie po prostu potrzebują Świąt z różnych powodów.

Niektórzy obchodzą je, by na chwilę uciec od skomplikowanego i nieprzyjaznego świata do miłejej „krainy wspomnień i dzieciństwa”: stąd takie mnóstwo bajek telewizyjnych, najlepiej tych „klasycznych”, które oglądaliśmy jako dzieci oraz walka o równie bajkowego „tradycyjnego czeskiego Jéžiška”, który notabene nie ma nic wspólnego z prawdziwym Jezusem i nawet się tego od niego nie oczekuje.

Dla kogoś innego te Święta ważne, ponieważ przynajmniej raz w roku wprowadzają w jego chaotyczne życie pozbawione porządku i sensu jakąś stałą wartość, jakiś punkt oparcia, zakorzeniony w wieloletniej tradycji, nad którą możemy kręcić nosem, ale kiedy jej brak, czujemy się niepewni i pozbawieni gruntu.

Innym Święta rozjaśniają ponure, długie zimowe wieczory swoimi wesołymi lampkami i sentymentalną muzyką. Dla kogoś z kolei są Święta jedyną okazją, by przypomnieć sobie o drugich, o bliskich, tak zwanych bliźnich czy po prostu ktrewnych, na których nie ma nigdy czasu w innych okolicznościach; by skontaktować się z nimi osobiście lub przynajmniej na odległość, wysłać prezent, e-mail, pocztówkę, zadzwonić, posyłać SMS-a lub skontaktować się w inny podobny sposób. Z tych powodów (czyli dlatego, że budzi to, co najlepsze w naszym człowieczeństwie) Boże Narodzenie powinno być zawsze – i dzięki Bogu jest przynajmniej „raz w roku na Boże Narodzenie” – nawet za cenę wszystkich tych frustracji związanych z zakupami, sprzątaniem i wizytami.

Z pewnością jest w tych spostrzeżeniach wiele prawdy. Powiem tak: złożoność ludzkiej duszy jest również częścią stworzenia, którą uwzględnia zarówno Pan Bóg w sformułowaniach swojego Słowa, jak i Kościół w różnych świętach i obrzędach. Jako chrześcijanie, którzy w pewien sposób daliśmy światu Boże Narodzenie, powinniśmy jednak pójść nieco dalej i zastanowić się nad tym, czym jest „to, co w nas lepsze” lub „głębia naszego istnienia”, o czym według psychologów Boże Narodzenie ma nam przypominać; czym to jest – przede wszystkim z punktu widzenia naszej wiary.

Wcielenie Syna Bożego. Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał Bóg niegdyś do Żydów przez proroków, a teraz, w dniach ostatecznych, przemówił do nas przez Syna, którego ustanowił dziedzicem wszystkiego, przez którego też stworzył wszechświat. „Ten Syn, który jest odblaskiem Jego chwały i odbiciem Jego istoty, podtrzymuje wszystko mocą swojego słowa”.

W oryginalnym tekście jest napisane dosłownie: „pod koniec dni przemówił do nas”, co jest częstym biblijnym wyrażeniem oznaczającym koniec świata lub rzeczy ostateczne. Ale możemy to zrozumieć na przykład tak: nie dowiemy się o Bogu nic nowego ani innego niż to, co znamy dzięki Jezusowi Chrystusowi. „Boga nikt nigdy nie widział. Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, opowiedział nam o Nim” – świadczy ewangelista Jan. Nie będzie już żadnych innych objawień dotyczących Boga poprzez innych proroków, wizjonerów lub przywódców religijnych. Nie dlatego, że Pan Bóg stracił cierpliwość i nie chce już z nami rozmawiać. Kiedy Syn Boży nazywany jest „Słowem” (jak słyszymy w Ewangelii), oznacza to, że Bóg w pełni „wyraził się” w Nim, to znaczy bez reszty przekazał innym, jaki jest. W swoim Synu Bóg „wydał wszystko”. Syn Boży, Słowo Ojca, Jezus Chrystus, jest Bogiem, który jest Bogiem dla innych.

O człowieku mówi Biblia na samym początku, że został stworzony na obraz Boży. Nie oznacza to, że ma być wszechmocny, wszechwiedzący itp., ale że ma być tu dla innych. Po to, by pokazywał innym Bożym stworzeniom, jaki jest Bóg. Człowiek jednak zlekceważył to i postanowił, że będzie raczej przedstawiał samego siebie, przez co stał się zniekształconą karykaturą. Ojciec Kościoła Atanazy próbował to sformułować w ten sposób, że Pan Bóg chciał naprawić swój zniszczony obraz w człowieku, dlatego wysłał na świat jego pierwotny „oryginał”, aby – mówiąc współczesnym językiem – „odpowiadał modelowi” i by obraz mógł zostać naprawiony. By z ludzkiej egzystencji promieniował Chrystus – Bóg dla innych.

Niesamowicie mi się podoba ten fragment i szczególnie wybrzmiewa właśnie w te Święta, kiedy w ewangelii oglądamy szeregi chórów niebiańskich i aniołów zwiastujących wcielenie Boga do naszego świata. Bo my tak jakoś mamy tę tendencję, żeby się skupiać na tym, czego w naszej codzienności nie widzimy: co tam dziecko właśnie narodzone, jasne że szczególne, bo nam to co roku mówią; jasne że narodzenie jest cudem – ale te anioły są o wiele bardziej spektakularne! Naszą uwagę bardziej przecież przyciągają „czerwone dywany” i świat celebrytów niż rodzinka, która schroniła się w chlewie. Taki niebiański festiwal nam przypominają anioły. Może właśnie dlatego ludzkie serce nie znające Słowa Bożego ma tendencję „kleić się” do aniołów i tego rodzaju postaci spoza naszego świata, jakkolwiek by się wydawały bajkowe. Albo właśnie z tego powodu, że tak wyglądają. A dzisiejsze słowo nam mówi, jak jest naprawdę. Pewnie, możemy przypuścić, że gdzieś tam „poza nami” jest rzeczywistość, o której prawie że nic nie wiemy. Bo pewnie nam to nie jest potrzebne. I są ci Boży słudzy, moce pozacielesne… Ale „oni wszyscy są duchami służebnymi, posłanymi, by służyć tym, którzy mają otrzymać zbawienie”. W księdze Objawienia czytamy wprost, że nie wolno im się kłaniać ani oddawać czci należnej jedynie Bogu! Oni tej nocy śpiewają pieśni o Tym, który się narodził – a to On jest Synem Pierworodnym, to On jest odblaskiem chwały Boga Ojca i odbiciem Jego istoty. On podtrzymuje wszystko mocą swojego słowa. On dokonał oczyszczenia z grzechów i zasiadł po prawicy Majestatu na wysokościach!

Zoom kieruje nam się od tego blasku na niebie, od wojsk anielskich, od złotych czy czerwonych dywanów do biednej szopki. Jakiś czas temu pokazywałem dzieciom w szkole na zdjęciu taki domek dla owiec, który skojarzył mi się z tym, jak mogło wyglądać miejsce, w którym narodził się Jezus. Idziemy wiejską drogą, moja żona pyta: „A co to jest? Domek?” – „Tak, domek dla owiec. Ale już opuszczony”. Izolacja gliny czy mchu spomiędzy bali już dawno wyschła i odpadła. Rozpadająca się szopka. Wtedy był tam i żłób. W tych niehigienicznych warunkach przychodzi na świat dziecko. Matka kładzie je w żłobie, da tam trochę trawy czy słomy… O, jak dalekie to od chwały niebiańskich celebrytów! A Słowo Boże nas „zoomuje” właśnie na ten punkt. Gdzie tam anioły! Oto w tym niemowlęciu narodził się Ten, który na początku wymyślił i ugruntował ziemię, a dziełem Jego rąk są niebiosa. Wydaje się tak kruchy. I kruchy oraz niepewny będzie jego los. Los nowo narodzonego dziecka zawsze jest kruchy, bo wiele jest zagrożeń i znaków zapytania co do jego życia oraz przyszłości. Ale to Dziecię będzie dodatkowo od początku prześladowane, będzie żyło jako uchodźca. Nic pewnego Go nie czeka. Na koniec los skazańca. A jednak czytamy o Nim: ziemia i niebo „przeminą, ale Ty pozostaniesz. I wszystkie rzeczy jak szata się zestarzeją, i jak płaszcz je zwiniesz, jak szatę, i odmienią się. Ty zaś jesteś Ten sam, a lata Twoje nie ustaną. Do którego (…) [bowiem] z aniołów powiedział [Bóg] kiedykolwiek: Siądź po Mojej prawicy, aż położę Twoich nieprzyjaciół jako podnóżek pod Twoje stopy?”

I mogą się reprezentanci młodszych nurtów wychodzących z chrześcijaństwa obruszać, że przecież nie wiemy, kiedy się dokładnie Jezus narodził. I mogą wypominać, że nasi przodkowie zaadaptowali dawne pogańskie święta na Święta Narodzenia Pańskiego. Ale wtedy było to genialne pociągnięcie misyjne, by ludziom coś tam po pogańsku przeczuwającym powiedzieć: Słuchajcie, oto naprawdę Bóg dla was się narodził! Tym, którzy pochodzili z narodu izraelskiego apostoł wskazuje na Niego w dzisiejszym tekście. A my możemy tę wieść ponieść dalej, do naszego świata i ludzi, którzy są obok nas. Do tych, którzy tych świąt potrzebują, choć jeszcze nie wiedzą dlaczego. Dzisiaj tutaj na nowo sobie uświadamiamy, kto to się tak naprawdę narodził – że to Boży Syn Jednorodzony przychodzi, aby nas uratować z naszej deformacji i zguby, z tego zniszczenia i spustoszenia, które jako ludzkość chcąc niechcąc siejemy, kiedy chcemy by wszystko kręciło się wokół naszego „ego”.

Choć na początku ewangelii widzimy Go jako niemowlę położone w żłobie, On „dokonał oczyszczenia z grzechów i zasiadł po prawicy Majestatu na wysokościach”. To, co „lepsze w nas, głębia naszego bytu” to nie świąteczno-noworoczne próby bycia lepszym i naprawienia zepsutych relacji. To jest to coś czy raczej ten Ktoś, kto nas samych może przemienić od środka: Chrystus, wcielony Syn Boży, Słowo które stało się ciałem, Bóg dla nas. Bowiem, jak napisał doktor Kościoła Hilary z Poitiers: „Kto nie pojął tajemnicy Chrystusa jako prawdziwego Boga i prawdziwego człowieka, ten nie rozumie nawet własnego życia”. Amen.

jak

jak