Život s Bohem

Kto komu wierzy

By 25 února, 2023 No Comments

Jb 2,1-13

Pewnego dnia, gdy przyszli synowie Boży, aby stanąć przed PANEM, przybył z nimi także szatan. Wtedy PAN zwrócił się do szatana: Gdzie byłeś, skąd przybywasz? A szatan odpowiedział PANU: Okrążałem ziemię i przechadzałem się po niej. PAN więc dalej mówił do szatana: Czy przypatrzyłeś się Mojemu słudze, Hiobowi? Nie ma mu równego na ziemi. To człowiek uczciwy i prawy, bojący się Boga i stroniący od zła. Wciąż trwa w pobożności, choć ty nastawiłeś Mnie przeciw niemu, abym doświadczył go bez powodu. Na to szatan odpowiedział PANU: Skóra za skórę. Człowiek odda wszystko, co ma, w zamian za swoje życie. Ale podnieś tylko rękę, dotknij jego kości i ciała, a zobaczysz, czy nie będzie Ci jawnie złorzeczył. Wtedy PAN powiedział do szatana: Oto oddaję go w twoje ręce. Zachowaj tylko jego życie. Odszedł szatan sprzed oblicza PANA i poraził Hioba złośliwymi wrzodami od stóp aż do czubka głowy. Wtedy Hiob wziął skorupę, aby się nią drapać, i usiadł w popiele. Wówczas odezwała się jego żona: I ty jeszcze trwasz w swojej doskonałości? Bluźnij Bogu i umrzyj! A on odpowiedział: Mówisz jak głupia. Skoro przyjęliśmy dobro od Boga, dlaczego nie mielibyśmy przyjąć zła? W tym wszystkim Hiob nie zgrzeszył ustami. A gdy trzej przyjaciele Hioba usłyszeli o wszystkich nieszczęściach, które spadły na niego, przyszli, każdy ze swego miejsca: Elifaz z Temanu, Bildad z Szuach i Sofar z Naamy. Postanowili bowiem, że razem pójdą do niego, aby okazać mu współczucie i go pocieszyć. Ale gdy z daleka spojrzeli na niego, nie mogli go poznać. Zaczęli więc głośno płakać, rozdarli swoje szaty i posypali głowy prochem. Siedzieli z nim na ziemi siedem dni i siedem nocy. Żaden nie powiedział do niego ani słowa, widzieli bowiem, jak bardzo cierpiał.

„Po to objawił się Syn Boga, aby zniszczyć dzieła diabła (1 J 3,8b) – te słowa przytoczonego na początku nabożeństwa hasła dnia powinniśmy mieć na pamięci, kiedy czytamy wszystkie kolejne teksty przeznaczone do rozważania dzisiejszej niedzieli. Czytając słowo z Księgi Hioba będziemy musieli też sięgnąć do innych tekstów Starego Testamentu, zwłaszcza do historii upadku z 1. Mojżeszowej, by pewne rzeczy zrozumieć. Z tym że będziemy musieli zrobić równocześnie coś, co być może będzie dla nas trudne: odsunąć na bok nasz współczesny, europejski sposób myślenia i próby „inżynieryjnego” wymanipulowania za wszelką cenę z Bożego Słowa odpowiedzi na pytania, których Biblia nie stawia. Jesteśmy bowiem – nie wiem czy to jest właściwe słowo – skażeni albo przynajmniej mocno naznaczeni sposobem myślenia chrześcijańskich autorów, teologów i filozofów lat późniejszych niż biblijne. W efekcie powyższego trudno nam jest podchodzić do starohebrajskich tekstów, w efekcie powyższego nie rozumiemy nawet Jezusa i tego, co mówi On, Hebrajczyk, do swoich uczniów i szerszego grona słuchaczy, też Hebrajczyków czyli Żydów swojej doby. Kiedy jednak zderzamy się z takimi fragmentami Biblii jak ten dzisiejszy, musimy spróbować spojrzeć oczyma członka narodu wybranego żyjącego w tych czasach.

Starosemiccy czy starohebrajscy autorzy zadają bowiem ważne pytania dotyczące życia, teksty Słowa Bożego odsłaniają rąbka niektórych tajemnic, czyli otwierają tematy dla człowieka nam współczesnego niewygodne – bo my chcielibyśmy w nich wszystko zrozumieć, ująć rozumowo, wyciągnąć wnioski i zrobić z tego jakiś schemat, który w podobnych sytuacjach zawsze i wszędzie można będzie zastosować, żeby osiągnąć pożądany przez człowieka skutek, efekt. Tymczasem w wypadku tych starych tekstów tak się nie da. Tak się nie da w życiu. Żyd rozmyślał nad życiem i cierpieniem w sposób otwarty – pozwalał, by Słowo Boże coś mu wyjaśniało, wolał jednak dać się prowadzić temu słowu i pozwolić mu kształtować swoje myślenie oraz postępowanie niż za wszelką cenę to Słowo przeanalizować do najdrobniejszych detali i wyprowadzić z niego jakieś tezy układające porządek świata. Bo one i tak byłyby fałszywe i stałyby się próbą wczytania w tekst Pisma tego, czego w nim nie ma. Dlatego też i dziś w krótkim rozmyślaniu nie zdołamy – jak to się mówi – „wyłożyć” czyli przeanalizować tego fragmentu, który jest bardzo długi i zawiera w sobie wielkie mnóstwo treści na cały cykl wykładów. Spróbujemy tylko lekko dotknąć i pokojarzyć niektóre tematy, jakie porusza.

Księga Hioba – to już drugi jej rozdział; w pierwszym miało miejsce podobne zebranie „rady istot duchowych”, jak to, o którym tutaj czytamy, i bohater księgi pozbawiony został w kolejnych ciasno po sobie następujących klęskach wszystkiego, co posiadał, a w końcu także swoich najbliższych, swojego potomstwa. Stracił wszystko, w czym człowiek pokłada swoją nadzieję, po co żyje, co stanowi źródło jego satysfakcji. W odsłonie drugiej dotknięte zostaje jego własne zdrowie. Zajrzyjmy zatem do naszego tekstu.

Przed oblicze Jahwe stawiają się „synowie Boży”. Tak autor hebrajski określa istoty świata niewidzialnego, który jest obok nas, choć my nie zdajemy sobie z tego najczęściej sprawy. Biblia mówi o tym, że Bóg ma swoją grupę do zadań specjalnych, złożoną z boskich istot, które wypełniają Jego wolę. Są one nazywane Bożym zgromadzeniem, radą lub sądem (Ps 89,5-7; Dn 7,10), niekiedy nawet używane jest słowo, które my kojarzymy jedynie z Bogiem: „elohim” (tak na przykład w Psalmie 82). Większość z nas od zawsze wiązała to słowo tylko z jednym z jego znaczeń – określeniem używanym w stosunku do Boga Ojca, dlatego trudno nam myśleć o nim w szerszym ujęciu. A jednak w Starym Testamencie odnosi się ono do wszystkich istot zamieszkujących duchową rzeczywistość. Każda istota nie posiadająca ciała i zamieszkująca świat duchowy, określana jest słowem „elohim”. Ciekawe, że Bóg nazywa te duchowe istoty swoimi synami. W świecie starożytnym królowie często sprawowali władzę za pośrednictwem członków swojej rodziny; być może stąd ten obraz. Kiedy skojarzymy, że Nowy Testament określa nas, objętych zbawieniem w Chrystusie również jako usynowionych, jako dzieci i dziedziców, otwiera się przed nami szeroka perspektywa Bożego myślenia o nas, ludziach i o ogromnej wartości, jaką dla Niego mamy.

Owej radzie duchów, aniołów, Bóg pozwala uczestniczyć w jakiś sposób w swoim panowaniu. Kiedy Biblia o tym mówi, czytamy jednak, że to Bóg sam decyduje o tym, co chce zrobić. A mimo to pozwala swojej radzie na wybranie sposobu, w jaki zostanie to wykonane. Widzimy tam także anioła, który zbuntował się i według Biblii wisi już nad nim ostateczny wyrok – jednak hebrajskie myślenie nie usuwa go z tej Bożej rady, wręcz przeciwnie: ta jego obecność staje się próbą wskazania, dlaczego człowieka sprawiedliwego dotyka zło w całej jego głębi. Kiedy jednak Bóg jest przedstawiony jako ten, który ciągle wierzy w człowieka, szatan jest nieustannym oskarżycielem. To, czyje intencje jakie są demaskuje zdarzenie upadku pierwszych ludzi i poszczególne role, jakie tam widzimy. Szatan stosuje oszustwo i oskarża nawet Boga, że ma wobec człowieka fałszywe intencje. Kiedy człowiek mu uwierzy i zacznie działać według jego planu, a nie tego Bożego, wszystko się zesypuje… Człowiek chce się ukryć przed Bogiem. Już nie może stać przed Nim, świętym, taki jaki jest. Robi sobie przepaski z liści – potrafimy sobie wyobrazić, jak nietrwałe jest takie przykrycie”, jak łatwo więdnie… Zaraz potem jednak Bóg okrywa go skórą – trochę wspominał o tym nasz gość w piątek podczas dyskusji po ściszeniu pasyjnym. Skąd się bierze skóra? Z jakiegoś zwierzęcia, które musiało umrzeć, by człowiek mógł czymś z niego samego zostać okryty. To jest jakieś wyjaśnienie ofiar starotestamentowych: by sromota człowieka została przykryta, kosztuje to czyjeś życie. By stało się tak naprawdę i skutecznie – ceną jest życie doskonałego i bezgrzesznego Syna Bożego, Jezusa Chrystusa. Oto, co kojarzy mi się ze słowami z naszego dzisiejszego tekstu: Skóra za skórę”; prawdopodobnie jest to semickie określenie znane w tych czasach jako potocznie stosowane powiedzenie czy przysłowie. Bóg w swoim planie zbawienia zrealizuje je w sposób diametralnie różny od tego, jak rozumie je oskarżyciel, którego celem jest unicestwienie człowieka; ostatecznie jako ten, który sam jest unicestwiony nic innego nie potrafi, jak ściągać do potępienia razem z sobą.

A Hiob? Wraz z Panem Bogiem, który nie przestał w niego wierzyć, musimy przed nim złożyć chapeau bas, czyli zdjąć kapelusz z głowy w dowód uznania i podziwu. Nie daje się zwieść nawet własnej żonie, która w obliczu tych wszystkich ciężkich prób i doświadczeń zrezygnowała z chęci życia, i namawia do tego także męża.

Bo cóż człowiekowi zostaje? Ano, właśnie – coś jednak zostaje. Zostaje wiara w Boga. Ta niesamowita w naszym tekście relacja zwrotna: Bóg wierzy w człowieka, a człowiek wierzy w Boga. Tu widać, że jest człowiek stworzony na Boży obraz i podobieństwo, i stworzony do tej wzajemnej relacji z Nim.

Nasz Romek, kiedy jako konfirmant przedstawiał się na piątku postnym, zakończył prostym, ale niesamowicie mądrym i głębokim zdaniem: Chciałbym, by konfirmacja umocniła moją relację z Bogiem. To jest to, co widzimy w naszym tekście: owo wzajemne przenikanie myśli, wiary, współistnienie i współdziałanie, na przekór temu, co próbuje zdeformować i pokrzywić oskarżyciel. Hiob ufa Temu, który jemu ufa – choć to tak strasznie paradoksalne, bo przecież i Hiob jest grzesznym człowiekiem, jak każdy z nas; jednak w tym momencie to w tym tekście nie jest ważne. Po semicku należałoby powiedzieć: Bóg wie, jak tę relację utrzymać i zachować. Jak zachować, jak zbawić, wybawić człowieka, choć z ludzkiego punktu widzenia nie ma już żadnej szansy.

I potem jeszcze jest pewien ciekawy obraz. Kiedy dosięgają nas hiobowe wieści” (już wiemy, skąd to określenie), jakie dotykają kogoś obok nas, a może i nas samych – a na dodatek to zło zawsze chodzi stadami”, jak o tym tutaj czytamy – czasami lepiej jest zamilknąć niż próbować kogoś tanio pocieszać. Przede wszystkim tak zwani przyjaciele Hioba go w jego chorobie i nieszczęściu nie poznają. Bo nieszczęście i choroba zmieniają człowieka. Nie tylko fizycznie. Reakcja przyjaciół jest nader ludzka: zaczynają głośno płakać i lamentować. Nie jestem przekonany czy to jest właśnie to, czego Hiob w tym momencie potrzebuje. I nieraz zdarza się tak, że to chory musi pocieszać tych, którzy przyszli go odwiedzić, bo widzi w ich twarzach, że kompletnie nie wiedzą jak się zachować. Dlatego właśnie nieraz ludzie boją się odwiedzać dotkniętego cierpieniem. Jednak w tym momencie to właśnie Hiob, który mimo wszystko ufa Bogu i wie, że On mu ufa, może swoją postawą być posileniem dla niepewnych odwiedzających.

Oni jednak przynajmniej z początku robią coś, co jest właściwe: są z Hiobem w jego cierpieniu; nic nie udają, nie umniejszają w głupawy sposób jego cierpienia, próbując od niego odwrócić uwagę – bo jej odwrócić się nie da. Są z nim w ciszy w całej pełni, o czym świadczy liczba siedem, cyfra dla każdego Żyda oznaczająca pełnię. Potem, kiedy już otworzą usta i zaczną gadać, właściwie będą jedynie narzędziem owego oskarżyciela, który to wszystko zło spowodował. A Hiobowym zwycięstwem będzie, że się nie da – i nadal bedzie trwał w relacji z Bogiem. Na tym jednak etapie nawet ci nieszczęśni (w cudzysłowie) przyjaciele” mogą nam być przykładem. Bo z Hiobem w ciszy i w samej głębi cierpienia jest inny Przyjaciel, Ten który paradoksalnie mu wierzy. Ten, który sam weźmie jego cierpienia, nawet te wieczne i ostateczne, na własną skórę”…

Przeciekawy fragment. Przeczytajcie go sobie w domu jeszcze raz. I pamiętajcie o tym, co my już dzisiaj wiemy: że nad wszystkim jest Ten, który zniweczył to, co chciałby osiągnąć oskarżyciel. Chociaż próby zła boleśnie nas dotykają, choć ich nie pojmiemy i musimy wobec nich zamilknąć – Bóg jest obok, jest z człowiekiem w jego cierpieniu i chce, by człowiek w relacji z Nim pozostał. By się nie poddał, by z tej relacji z Nim nie zrezygnował, by Mu nie przestał wierzyć. Bo jednorodzony Syn Boży (i tu już słowo syn” jest w jedynym, wyłącznym rozumieniu) objawił się, by zniweczyć skutki zła. W tej ufnej relacji oczekiwania, że Bóg WIE dlaczego dzieje się tyle zła, niechaj ten starozakonny bohater Hiob nam będzie świadkiem i przykładem.

 

Obraz: Ilja Riepin, Hiob i przyjaciele, 1869 r.
jak

jak