Jr 14,1-9
Słowo Pana, które doszło do Jeremiasza z powodu suszy: Pogrążył się w smutku Juda, jego bramy zmarniały, w żałobie pochylają się ku ziemi. Podniósł się krzyk Jerozolimy. Ich możni ślą swoje sługi po wodę. Przychodzą do rowów – nie znajdują wody. Wracają z pustymi naczyniami. Są zawstydzeni i rozczarowani; zakrywają swoje głowy. Z powodu ziemi spękanej – ponieważ nie było deszczu na ziemi – są zawstydzeni rolnicy; zakrywają swoje głowy. Oto nawet łania rodzi w polu, by zaraz porzucić młode, gdyż nie ma trawy. Dzikie osły stanęły na nagich wzniesieniach, chłoną łapczywie powietrze jak szakale; ich oczy gasną, gdyż nie ma trawy. Chociaż nasze winy świadczą przeciwko nam, To Ty, Panie, działaj ze względu na swoje imię! Liczne bowiem są nasze odstępstwa; zgrzeszyliśmy przeciwko Tobie. Nadziejo Izraela, jego Wybawco w czasie nieszczęścia! Dlaczego stałeś się jak przybysz w kraju i jak wędrowiec, który rozbił namiot, by tylko przenocować? Dlaczego jesteś jak człowiek osłupiały, jak bohater, który nie może ocalić? Ty jednak, Panie, jesteś pośród nas. Twoje imię zostało wezwane nad nami. Nie opuszczaj nas!
Mamy na dziś przeciekawe słowo. Zastanawiałem się czy go w ogóle „dotykać”, czy je brać jako podstawę kazania – bo dziś tematem jest zamiana wody w wino, czyli pierwszy cud, jakiego publicznie dokonał Jezus. Wy, którzy słyszeliście to już więcej razy, wybaczcie, ale muszę to powtórzyć, że ma to związek z powstaniem Święta Epifanii czyli objawienia się Chrystusa poganom i w ogóle Świętami Bożego Narodzenia. Nie będę powtarzać wszystkiego; pamiętamy – zaczęło się od święta w Aleksandrii, które zaczęła obchodzić pewna sekta, twierdząca że Jezus urodził się jako ludzki syn, syn Marii i Józefa, a poprzez chrzest w Jordanie został uznany za Syna Bożego. Coś takiego Kościół oczywiście uznał za herezję – ale było tu święto, które znalazło podatny grunt pośród pogańskich kultów. Oto bowiem w tym dniu świętowano narodziny bóstwa Eona, nabierano i przechowywano wodę z Nilu, istniało też wierzenie, że zaczerpnięta w tym dniu woda zamieni się w wino. Oficjalny Kościół zareagował więc na okazję misyjną, by chrześcijanie mogli powiedzieć swoim sąsiadom, znajomym i krewnym: Słuchajcie, oto co wy czujecie, że jest prawdą, my wam zwiastujemy – Bóg się naprawdę dla nas narodził, żeby nas wybawić od grzechu i wiecznej śmierci. A skoro woda – to dobra okazja by przytoczyć chrzest w Jordanie, podczas którego Bóg proklamuje: „Ten jest Syn mój umiłowany, w którym mam upodobanie”. Gołębica – Duch Święty – spoczywa na Jezusie; pełno pięknych symboli… No, a potem przypomnienie wesela w Kanie Galilejskiej, gdzie Jezus rzeczywiście zamienia wodę w wino. Z tymi tekstami było to święto związane; potem – skoro to zwiastowanie ewangelii pogańskim narodom, które do pewnego stopnia poprzez swoje tradycje rozpoznają prawdę – powiązano z tym także historię o mędrcach, którzy daleko na Wschodzie rozpoznali gwiazdę zwiastującą, iż narodził się Król Królów i Zbawiciel.
Woda jest czymś niezbędnym do życia; swoje o tym wiedzieli zwłaszcza ci, którzy mieszkali w klimacie pustynnym. Bez wody nie ma życia. Bez wody ziemia jest wysuszoną pustynią, krainą głodu i pragnienia, a żyjącym na niej ludziom i zwierzętom grozi niechybna śmierć. Wreszcie woda oczyszcza osoby i rzeczy z brudu, który się na nie dostał wskutek codziennego używania. Naturalnie, są też wody, które przynoszą śmierć: wody wezbrane, dewastujące ziemię i niszczące, pochłaniające istoty żywe – to inny symbol, kiedy mowa jest o wzburzonym morzu, o falach – możemy skojarzyć chociażby z wodami potopu czy przejściem ludu wybranego przez Morze Czerwone. Ale my dziś nie o tym znaczeniu wody mówimy.
I chociaż woda jest czymś tak niezbędnym do życia, poprzez jej zamianę w wino podkreślone jest to, iż niekiedy samą wodą nie umiemy się cieszyć, nie dość ją doceniamy, kiedy mamy jej pod dostatkiem. Człowiek chce wina – symbolu radości i wesela. Wodą pogardza, choć bez niej by nie żył. To nam już coś mówi o tym, jak łatwo przestać się cieszyć największymi Bożymi darami. Jak łatwo zacząć przestać dostrzegać kochającego drugiego człowieka i śnić o czymś, co wydaje się smakować jeszcze lepiej. Po czasie, kiedy weselnicy pokosztowali najlepszych gatunków wina, porozkoszowali się tym, co uznawali za jakościowe – nagle tego zabraknie. Dopiero kiedy coś stracimy, gdy nam zabraknie dobrych Bożych darów, na nowo sobie uświadomimy, jak są one ważne, że bez nich nie potrafimy żyć. Jezus na koniec uświadamia weselnikom, że winem najwyższej jakości jest woda, którą by normalnie pogardzali. Moglibyśmy teraz długo mówić o tym, co jest najważniejsze w związku, w małżeństwie – bo to przecież historia o weselu; jednak mamy inną podstawę kazania, a tamto musimy mieć gdzieć „z tyłu głowy” jako kontekst, o którym trzeba pamiętać.
Nie pogardzajmy miłością, kiedy wydaje się ona być czymś oczywistym. Bo ją łatwo stracić. O tym mówi też ten nasz dzisiejszy tekst. Człowiek czy jeszcze lepiej powiedziawszy lud wybrany otrzymał obietnicę Bożego błogosławieństwa, tego że się Pan Bóg nad nim uśmiecha. Kiedy jednak człowiek zacznie to lekceważyć albo nawet tym pogardzać – dzieje się źle, bo traci z oczu perspektywę, właśnie ów kontekst dla swojego życia. I tego właśnie uczy Biblia: Bóg nie chce zniszczyć ludzkości, jak przy potopie; mówiąc obrazowo – nie chce wodą zniszczyć tych, którzy wodą pogardzili. Woda jest jednak widoczną oznaką i skutkiem Jego błogosławieństwa. Gdy Izrael jest niewierny, kiedy Bogiem gardzi i postępuje jakby Go nie było, jakby inne nieistniejące przecież bóstwa były prawdziwe – przychodzi susza. Kiedy nie ma wody, człowiek to zgodnie z prawdą odczytuje, że Pan Bóg odwrócił swoją twarz. Że się nie uśmiecha, bo nie ma nad czym. Oto ci, których stworzył na swój obraz i podobieństwo, którym dał dar życia, sami się od tego źródła życia odcięli. Woda przestała ciec.
I właśnie taką sytuację opisuje w swoim proroctwie Jeremiasz. Przemawia w czasach, kiedy odejście od Boga i bunt przeciwko Niemu znajduje swój wyraz w bałwochwalstwie, synkretyzmie, upadku moralnym, łamaniu prawa Bożego, braku miłosierdzia wobec bliźnich. W konsekwencji jest tak, że Pan Bóg jak gdyby odwrócił swoją twarz od swego ludu. Oni wołają, proszą o błogosławieństwo – symbolicznie mówiąc: proszą Go o wino – a tu nie ma nawet wody, bo nią wzgardzili i sami sobie zakręcili kurek, mówiąc że go nie ma i nie potrzeba. Czytamy najpierw ciekawy literacki opis sytuacyjny, o tych smutnych ludziach – w żałobie, rozczarowanych, wręcz zawstydzonych – czytaj: pozbawionych podstawy swej egzystencji, sensu życia. Bogaci posyłają swe sługi po wodę, a ci wracają niczym na pogrzeb, z zakrytą głową, bo wody nie ma. Cała przyroda cierpi wraz z człowiekiem. W końcu lud zaczyna rozumieć, dlaczego tak się stało – uważali Boży uśmiech i błogosławieństwo za coś tak oczywistego, że tym pogardzili. Przychodzi dojmujące wyznanie: „Chociaż nasze winy świadczą przeciwko nam, to Ty, Jahwe, działaj ze względu na swoje imię! Liczne bowiem są nasze odstępstwa; zgrzeszyliśmy przeciwko Tobie”. Jahwe to Ten, którego imię znaczy „Ja jestem”. Ja jestem przy tobie, jestem tu z tobą, człowiecze, jestem dla ciebie. To imię oznaczające dialog, wzajemną rozmowę. A tymczasem ludzie zamilkli. Modlitwa i rozmowa się urwała. Dlatego zaczynają znów wołać. Zwracają się do Tego, który przecież „tam jest”! Choć Go nie widać, On wciąż jest na swoim miejscu. Dlatego zaraz w następnym wierszu jest nazwany Nadzieją Izraela i jego Wybawcą w czasie nieszczęścia. I następuje obraz, który powinniśmy dobrze zrozumieć i może do nas przemówić. Posłuchajcie: „Dlaczego stałeś się [dla nas] jak przybysz w kraju i jak wędrowiec, który rozbił namiot, by tylko przenocować?” Wiele mówiliśmy w zeszłym roku w związku ze stuleciem kościoła o tym, czym jest dom Boży. A zwłaszcza o tym, że Pan Bóg chce być w naszym życiu jak w domu. A oto ci, którzy byli dotąd „jak w domu” razem z Panem, czują że coś ich od Niego oddziela. On już nie jest „w domu” w ich codzienności. Ich codzienność już nie jest świętem, bo jest tam Pan. Bóg jest jak emigrant i rozbitek, jak ktoś kto stawia na noc namiot, bo wcześnie rano trzeba mu szybko iść dalej…
Musimy pytać sami siebie: jak to jest z nami i naszą relacją z Nim? Czy i my czasami nie pogardzamy Jego miłością, nie lekceważymy tego, jak bardzo nam błogosławi, jak wiele nam darował? Czy się nie buntujemy i nie chcemy iść oraz żyć „po swojemu”, tak jak gdyby Jego nie było? W relacji miłości taka postawa bywa określana słowem „zdrada” – kiedy np. mąż zachowuje się tak, jak gdyby nie miał żony. I znajduje sobie inną… Albo nawet gdy nie znajduje, postępuje jakby jej nie było. To nam znowu przypomina o tych wzajemnych relacjach, o miłości – w kontekście wesela, na którym był Jezus. O, jak często Jezus BYŁ na weselu, ale potem zlekceważyliśmy Go w życiu codziennym, w małżeństwie i rodzinie. … I się psuje. … I się rozpada. Susza, brak wody, brak życia.
Czy nie jest tak i w naszym życiu duchowym, w stosunku do Boga, w modlitwie, a raczej jej braku, braku komunikacji, braku rozmowy? Kiedy może to dla nas dom Boga staje się jak ten naprędce rozbity namiot, by go najpóźniej do godzinki zwinąć i znowu biec po swoich ścieżkach, nie licząc się z Nim… A tymczasem On nie chce, byśmy tu przebywali przez cały tydzień – ktoś może być do tego specjalnie powołany; ale generalnie to On chce być „w domu” w naszym życiu, w naszej rodzinie, w mojej pracy, w codziennych relacjach z drugimi. Bo potem Go tam będzie pewnie trochę widać i ludzie z naszego otoczenia powiedzą tak, jak żeśmy czytali w piątkowym haśle dnia: „Chcemy iść z wami, bo widzimy, że z wami jest Bóg” (Za 8,23). Chcemy przyjść wraz z wami do Jego domu i posłuchać, co do nas mówi. Chcemy zaczerpnąć z tego źródła. Bo usychamy bez wody żywej.
Oto dziś tutaj jest ten zdrój, ta krynica. Krynica Bożego uśmiechu, Jego twarzy nastawionej na nas. Zdrój czystej wody, która nie tylko napoi i zaspokoi pragnienie, ale też oczyści sumienie i serce z jego grzechu. W Ciele i Krwi Zbawiciela mamy ten zdrój życia, kiedy daje nam On sam siebie pod postacią chleba i wina. I znów mamy to wino – radość i wesele; bo ten Stół i uczestnictwo w nim jest przedobrazem i przedsmakiem Wesela Baranka, uczty Mesjasza, kiedy przyjdzie po swoją oblubienicę, czyli nas w Niego wierzących.
O, Panie, zostań z nami – nie idź dalej. My chcemy z Tobą spożyć posiłek. Nie chcemy, by była to tylko przelotna znajomość. Chcemy rozmowy, posiłku, relacji. Pamiętacie piosenkę Karla Gotta „Když muž se ženou snídá”? To coś więcej niż przelotny i ulotny romans. Pan zaprasza nas do głębszej relacji z sobą. Jest rano i zaprasza nas do stołu. Ale zaprosi i w południe, i wieczorem. I jutro rano, kiedy możesz się z Nim spotkać czytając Jego Słowo i spędzając chwilkę w modlitwie czyli rozmowie z Nim. Wkrótce zobaczysz, jak to zmienia każdy dzień, jak Jego obecność czyni każdy dzień świętem. Prośmy Go, by nie zwijał namiotu. By pozostał i zamieszkał, by był w moim i twoim życiu w domu, jako Gospodarz. Amen.















Nejnovější komentáře