Prz 21,21
„Kto podąża za sprawiedliwością i dobrocią, ten znajduje życie, sprawiedliwość i cześć.”
Ostatnia niedziela po Epifanii, kończy się okres Bożego Narodzenia, od przyszłej niedzieli spoglądać będziemy w stronę kolejnych świąt przypominających nam o ofierze, jaką za nas na krzyżu złożył Zbawiciel… A my czytamy o światłości, która promienieje z twarzy Chrystusa i widać ją także w życiu Jego uczniów. Światłość, która zajaśniała w gwieździe zwiastującej całemu światu, że oto w Chrystusie narodził się Bóg, że przyszedł Zbawiciel. Że jest tu dla każdego, z każdego narodu i każdego krańca świata. Że każdego Bóg tak bardzo ukochał i się do niego uśmiecha…
Kiedy jednak dziś czytamy o promieniejącej twarzy Jezusa na górze przemieniena, w tym momencie jak gdyby zgubił się czas i do uczniów przybyło coś z przyszłości. Kiedy widzą coś z chwały uwielbionego Króla Królów, jest to przedsmak piękna Bożego Królestwa. Przed rokiem albo dwiema czytaliśmy o tym, że także twarz Mojżesza jaśniała i promieniała, gdy spotkał się z Panem i otrzymał Jego Prawo oraz przymierze dla swego ludu. I potem musiał twarz zakrywać, by nie było widać, że przestała promienieć. Pamiętacie to? Z drugiej księgi Mojżeszowej jak gdyby wyczytujemy, że zakrywał twarz, żeby nie porazić tą Bożą czystością innych ludzi, izraelitów na dole w obozie. Ale apostoł Paweł interpretuje to w szczególny sposób i pisze, że zasłaniał twarz po to, by nie było widać, jak prędko „to coś po spotkaniu z Bogiem” przemija. I właściwie coś podobnego widzimy u uczniów Jezusa na tej górze przemienienia – im tam jest tak dobrze, że by tam chcieli zostać, rozbić namioty, zamieszkać już na zawsze w tej cudownej atmosferze. A Jezus „sprowadza ich na ziemię” i wprowadza w sam środek życia oraz ludzkich problemów. Paweł zawiera już w swoim liście, który dziś czytaliśmy, refleksję pierwszego Kościoła na ten temat. Mówi, że Jezus nie tylko sprowadza na ziemię, ale że sam dąży do krzyża; że czeka Go cierpienie i ofiara, jaką za nas złoży. A jednak tylko w ten sposób zapewni uczniom, by ta światłość raz była na tyle trwała, że nie ustanie, że jej ciemność nie pokona. I paradoksalnie pisze to, co już też dobrze mamy „naczytane”, że jeśli coś z tego światła Chrystusa ma być widoczne w nas, to to naczynie, którym my jesteśmy, musi popękać, bo tylko przez szczeliny światło będzie dla innych widoczne. Poprzez pęknięcia, poprzez cierpienie, przez naszą własną niedoskonałość i zupełną niewystarczalność widać, jak świeci Bóg. Bo ta światłość metaforyczna, to jest piękno życia prowadzonego według Jego zasad, Jego prawa, przykazań. I Paweł wskazuje nam na ten paradoks, że właśnie wtedy gdy sobie uświadamiamy, jak nam to życie według Bożych zasad nie wychodzi, gdy cierpimy z powodu własnej słabości, gdy widzimy jak jesteśmy mali i słabi wobec przewyższającej nas trudnej rzeczywistości – wówczas lepiej widać, jak czyste jest to Prawo, jak piękne to życie w Bogu i że ono jest darem od Niego. Że nie my świecimy jako celebryci swoim blaskiem, ale że wśród poniżenia i ludzkiego cierpienia widać, jak wielki jest Bóg i jak nas kocha. No, w sumie, to o tym też były te święta, które są za nami i o tym czytaliśmy w Noc Wigilijną…
Nasz dzisiejszy wiersz zdaje się zawierać kwintesencję moralnego życia, opartego o trwałe wartości, życia człowieka oddanego drodze prawa, dla którego jest ono czymś nadrzędnym, o co warto walczyć i do niego dążyć. I prowadzić do niego innych. O kimś takim, kto nie słucha rady bezbożnych, z grzesznikami mu nie po drodze i nie zasiada w gronie dezinformatorów, lecz ukochał nad wszystko Boże zasady i nad Jego słowami rozmyśla dniem i nocą, mówią i inne teksty z Księgi Ksiąg – na przykład ten z Psalmu 1, który takiego człowieka nazywa błogosławionym. Czasami to rzadko dziś używane słówko tłumaczymy jako „szczęśliwy”, ale w tym wypadku z pewnością mowa jest o błogosławieństwie dla innych, to znaczy o tym, jak ważny jest ktoś taki dla społeczeństwa, jak wartościowa jego praca, postawa, to że kogoś takiego mamy. To już nie tylko jego osobista satysfakcja z życia, ale satysfakcja dla innych, bo w nim coś z Boga widać i Boże działanie się w jego życiu przejawia.
Te myśli przychodzą mi nie tylko dlatego, że wyprzedzając niedzielę czytaliśmy ten werset już w piątek na pogrzebie długoletniego prokuratora wojewódzkiego – stąd te nieco „prawnicze” skojarzenia i słownictwo – ale przede wszystkim dlatego, że mówi nam ten wiersz wyraźnie o duchu prawa, a nie tylko o jego literze. To jest coś, co często podkreślał sam Jezus w rozmowach z ludźmi, zwłaszcza tymi, którzy prawo Mojżeszowe i przepisy Starego Testamentu doskonale znali. Zdanie z naszego wersetu można by prosto przełożyć na język współczesny i wtedy brzmiałoby ono mniej więcej tak: Prawość i dobro – oto filary życia godnego czci. Prawość to bowiem nie tylko postępowanie zgodne z przepisami. Można zgodnie z nimi postępować, a przy tym służyć złu i zepsuciu. Wtedy taki człowiek jest niebezpiecznym manipulatorem. Tymczasem prawość, to cecha charakteru, kawałek ludzkiej tożsamości, jej podstawa. Zawsze kiedy myślę o prawości, wiąże się ona dla mnie z pokojem i poczuciem bezpieczeństwa. Z bezpieczeństwem domu czy raju, tej rzeczywistości, gdzie obecny jest Bóg i wszystko tą Jego obecnością jest nasycone. Jest tam ład i dobro. Dlatego w naszym wierszu zestawione te dwie wartości są razem: prawość i dobroć. Bo bez dobroci człowiek być może potrafiłby być sprawiedliwym, ale li tylko w rozumieniu zgodności z literą, zapisem prawnym. Dobroć widzi szerzej: patrzy na kontekst moralny, widzi człowieka. Patrzy na niego oczyma kogoś, kto kocha.
Na początku czytamy w Biblii, że człowiek stworzony został na obraz i podobieństwo Boże – stąd posiada te cechy: prawość i dobroć; dlatego ma do nich dążyć. Kiedy jednak zabraknie którejś z tych dwóch cech – albo obydwu naraz – wszystko w życiu zaczyna się deformować. Zamiast wprowadzać w tym świecie ład (po czesku to lepiej zrozumiemy: „řád”) oraz odnosić się do drugich ludzi i reszty stworzenia z miłością i dobrocią (czytaj: odpowiedzialnością i troską), zaprowadza człowiek swoim postępowaniem odwrotność tego, do czego był powołany: chaos i zniszczenie. Dlatego wszystkie księgi Pisma wskazują na Boże rozwiązanie, na wyjście, ratunek dla człowieka. Bóg sam staje się człowiekiem, by pokazać najlepszy „modelowy” przykład prawości, a zarazem dobroci. Ponieważ jednak na człowieku spoczywa wina za sprzeniewierzenie się temu posłaniu, ten doskonale Prawy i Dobry bierze na siebie całą winę za ten chaos, „neřád”, deformację i grzech. Aby sprawiedliwości stało się zadość, ten który miłuje człowieka, bierze konsekwencje na siebie, aż do ostateczności.
Czy li co? Spełniło się Temu, który był doskonale prawy i dobry, że osiągnął życie, cześć i chwałę, jak czytaliśmy w tym naszym wersecie? A, gdzież tam, powiecie! Stało się wręcz przeciwnie. Został fałszywie oskarżony i w zmanipulowanym procesie osądzony na karę śmierci, wykonaną w sposób najbardziej uwłaczający ludzkiej godności. A jednak kiedy przeanalizujemy świadczące o tym akta, jest tam coś, czego nie sposób pojąć, ale uznać każdy musi, że najwidoczniej to musiało się stać. On wstał z martwych. Jednak, paradoksalnie, poprzez śmierć osiągnął życie – i to życie zdobył dla nas. By śmierć, nazwana w Liście do Rzymian następstwem grzechu, jego konsekwencją, nie była dla nas karą, by nam nie groziła w skali ostatecznej. By na końcu nie była przegrana i pustka – ale zwycięstwo życia i godności.
Jedyny naprawdę sprawiedliwy i dobry szedł prosto w środek naszego cierpienia i śmierci, by ją dla nas i za nas wziąć na siebie. By dla nas „znaleźć życie, sprawiedliwość i cześć”. By w nas, zdeformowanych grzechem, odnowić obraz i godność, które w nas włożył, do których nas powołał. Dlatego też odnośnie tych z nas, którzy już od nas odeszli w Panu, możemy ufać, iż według Słowa Bożego mogą odpoczywać, bowiem ich uczynki, wartość tego kim są, ich godność, jest z nimi, spoczywa na nich, nikt im tego nie zabierze. Nasi poeci mówią tu o „domu Ojcowskim”, inni nazwą to niebem czy Bożym królestwem, ale to wszystko na razie metafory, zanim sami przejdziemy tam i ujrzymy…
Jedyny naprawdę sprawiedliwy i dobry szedł prosto w środek naszego cierpienia i śmierci, by ją dla nas i za nas wziąć na siebie. By dla nas „znaleźć życie, sprawiedliwość i cześć”. By w nas, zdeformowanych grzechem, odnowić obraz i godność, które w nas włożył, do których nas powołał. Dlatego też odnośnie tych z nas, którzy już od nas odeszli w Panu, możemy ufać, iż według Słowa Bożego mogą odpoczywać, bowiem ich uczynki, wartość tego kim są, ich godność, jest z nimi, spoczywa na nich, nikt im tego nie zabierze. Nasi poeci mówią tu o „Ojcowskim domu”, inni nazwą to niebem czy Bożym królestwem, ale to wszystko na razie metafory, zanim sami przejdziemy tam i ujrzymy…
To jest nasz cel: gdzie Bóg jest blisko, gdzie będziemy u Niego w domu i nic nie zakłóci ani nie naruszy relacji miłości i pokoju. Przedsmak tego przeżywamy, gdy On zaprasza nas do Stołu. Kiedy nam uświadamia, jak bardzo daje nam siebie, aż do ostateczności, po czesku bym powiedział: „až k sežrání”. W odwrotnym rozumieniu tego związku frazeologicznego, który mówi, że coś jest tak kochane, że byśmy to chcieli zjeść. Nie – On tak bardzo kocha i tak bardzo oddaje nam siebie, że „daje się nam zjeść”. Że chce być w nas, w naszym środku. Paweł o tym mówi: „Chrystus w nas, nadzieja chwały”. I już tu znowu jesteśmy przy tym Jego pięknie, które może być poprzez szczeliny choć trochę z nas widać. Wyobraźcie sobie coś takiego: w Kościele katolickim chleb, który jest poświęcony czyli konsekrowany, który jest Ciałem Chrystusa, jest taką świętością, że przechowuje się go w specjalnym miejscu, a gdy jest niesiony w monstrancji, to to jest wielkie święto. A to Ciało i Krew Chrystusa, które spożył człowiek? Gdy przechodzi obok nas – czy nie ma czegoś z tej czci, o której dziś czytaliśmy? Czy nie mielibyśmy tak na niego trochę patrzeć? Albo czy nasza postawa, obecność, nasze myśli, słowa i czyny nie miałyby jakoś odzwierciedlać tej Jego obecności w nas i Jego świętości? To, że On jest w nas przez swego Ducha Świętego nas do tego predestynuje i powołuje. Obyśmy więc mogli być i my tymi, którzy mają w sobie coś z prawości i dobra swego Mistrza i Nauczyciela. A wtedy widać będzie ten blask Jego obecności i światłość Jego Słowa. I to światło zachęci ludzi, że będą chcieli w nim kroczyć, a nie błąkać się w ciemnościach po omacku. Amen.















Nejnovější komentáře