Referat wygłoszony na sesji „200. výročí narození pastora Jerzego Heczki” w Ligotce Kameralnej dnia 4 maja 2025 r.

Serdecznie wszystkich Państwa witam. Na początek niech mi wolno będzie uprzejmie poprosić wszystkich zacnych Pleno Titulo słuchaczy mojego skromnego przyczynku, byście byli łaskawi przez chwilę znosić moje szczególne spojrzenie na temat oraz podejście do materiałów. Gdyby bowiem organizatorzy tej sesji zlecili temat historykowi, pewnie przedstawiłby coś troszeczkę odmiennego od tego, co chcę Państwu powiedzieć ja. Skoro jednak postanowiliście zwrócić się do dziennikarza i polonisty – a za takiego się uważam, co prawda niezupełnie z racji wykształcenia; bo to tylko częściowo byłoby prawdą, ale raczej z konieczności życiowej, która powiązana jest z zainteresowaniami i podparta zamiłowaniem do tego, co robię – no to voilà.

A tłumaczę się tak tytułem wstępu oraz wyjaśnienia dziwnie może brzmiącego tytułu niniejszego przyczynku: „’Heczkigo kancynoł‘: spojrzenie po 160 latach”. Zaraz spróbuję wyjaśnić, dlaczego moim zdaniem jest przewrotny, a nie dziwny. Z księdzem Vlastikiem dzielimy umiłowanie historii, zwłaszcza tej dotyczącej naszego Śląska Cieszyńskiego, ze szczególnym „zazoomowaniem” na dzieje ewangelicyzmu. Kiedy mnie poprosił o przyjrzenie się śpiewnikowi pod redakcją ks. Jerzego Heczki przy okazji tego podwójnego jubileuszu (zbiega się bowiem 160. rocznica wydania kancjonału z 200-leciem urodzin pastora Heczki), sprawa mnie zainteresowała i od razu tak trochę zaznaczałem, w jaką stronę chciałbym pójść.

Ci, którzy lepiej mnie znają, wiedzą jak bardzo lubię bawić się naszymi pięknymi i pokrewnymi, aczkolwiek niekiedy zupełnie rozchodzącymi się co do znaczenia niektórych słów, językami. I wiedzą też, że mam kolejnego „bzika” w postaci przywiązania do naszego dialektu śląskiego. Lubię się nim posługiwać, bo – jak się mówi „po naszymu” – „tak mi pusa narosła”, a na dodatek kiedy przybyłem z Polski do czeskiej części Śląska Cieszyńskiego, ta umiejętność była mi niezwykle pomocna. Pomijając fakt, że od urodzenia „rozkroczony” jestem kulturowo i językowo ponad rzeką Olzą, że mam obydwa obywatelstwa – spotkałem tutaj ludzi, z których jedni czuli się Czechami, inni Polakami, a często i ci, i ci, rozmawiali ze mną i między sobą „po naszymu”. A więc coś, co łączy i pomaga zrozumieć drugiego. Czemu o tym mówię?

Przyszedłem do Kościoła Śląskiego w czasie, kiedy obowiązywał jeszcze kancjonał ks. Jerzego Heczki – nowy „Śpiewnik Ewangelicki” wprowadzony został bowiem tutaj dopiero w 2002 roku. Dziwił mnie wówczas i szokował archaiczny język pieśni, z których wiele znałem już w wersji znacznie uwspółcześnionej, bardziej w dzisiejszej polszczyźnie zrozumiałej, a zwłaszcza takiej, gdzie akcenty językowe w warstwie tekstowej dostosowane były do akcentów muzycznych w warstwie melodycznej. Tak jeszcze byłem wychowany, na utworach i przebojach, do których muzykę pisali kompozytorzy, a teksty poeci. Dziś jest już zupełnie inaczej, każdy robi wszystko, w efekcie czego możemy w radio jak po polsku, tak po czesku słuchać rzeczy przedziwnych. Chyba nawet należy to do pewnego stylu i metody na bycie oryginalnym – by akcenty „na siłę” się rażąco rozchodziły. W przypadku tekstów śpiewnika Heczki – choć to raziło – było to jednak dla mnie zrozumiałe, że autorzy tłumaczeń tekstów niemieckich lub czeskich na polski tego ostatniego języka w formie literackiej nie słyszeli na co dzień, niekiedy nawet za bardzo się go nie uczyli, choć jego znajomość wynieśli poniekąd z domu lub praktycznego codziennego porozumiewania się ze współmieszkańcami tej ziemi. O niektórych zasadach nie mogli więc mieć pojęcia, a może nawet te zasady nie były jeszcze w tym czasie wyraźnie sformułowane. Żyli w rzeczywistości języka niemieckiego jako urzędowego, w tym języku studiowali i „poruszali się” na co dzień, zaś język polski był dla nich czymś dodatkowym.

Także w naszej dzisiejszej zaolziańskiej rzeczywistości, kiedy większość z nas funkcjonuje na co dzień w języku czeskim, posługiwanie się nawet z sentymentalnych względów językiem polskim stwarza nam pewne problemy – popatrzmy pod tym kątem na pracę tłumaczy i redaktorów kancjonału z roku 1865, bo to nam pomoże docenić ich trud, zaangażowanie, a także zrozumieć pewne problemy, z jakimi musieli się borykać. Notabene, język na tzw. obczyźnie, tzn. poza jego codziennym kulturowym wpływem, rozwija się i żyje w sposób nieco inny aniżeli tam, gdzie posługuje się nim większość obywateli jakiegoś państwa. Dla przykładu, kiedy analizowaliśmy z konfirmantami wersje naszego hymnu kościelnego, młodzi ludzie wychowani po naszej czeskiej stronie w języku polskim i tym językiem posługujący się w szkole stwierdzili, iż bardziej dla nich zrozumiałą jest wersja „Grodem mocnym” w przekładzie autorskim ks. Heczki, aniżeli „Warownym grodem” w nowszym, ale też już dziś mocno archaicznym tłumaczeniu ks. Edwarda Romańskiego. Młodzi Polacy po czeskiej stronie mają lepiej zakodowany język o nieco starszy; dotyczy to zresztą także wielu innych dziedzin kultury, np. muzyki – polska rozgłośnia Czeskiego Radia w codziennym programie „Wydarzenia” emituje muzykę sprzed mniej więcej 30-40 lat, bo na taką jest zapotrzebowanie ze strony słuchaczy; to ja w moim programie jestem tak nowatorski, że puszczam utwory o kilkudniowym lub maksymalnie kilumiesięcznym stażu (i też się zawsze zastanawiam czy to dobrze, i czy trafiam w gust słuchaczy).

A co do sformułowania „Heczkigo kancynoł”, chce ono zaznaczyć korzenie oraz proces tworzenia na naszym terenie pieśni w języku polskim. Ta swoista gra słowna czy zabawa językowa ma za zadanie wskazać, iż na długo przed wydaniem kancjonału w roku 1865, pisano tu wiersze i pieśni po polsku. Przykładem może być ks. Wilhelm Raschke, duszpasterz nie gdzie indziej, jak właśnie w macierzystym dla ks. Jerzego Heczki zborze bystrzyckim, który tworzył pieśni oraz inne utwory na różne okoliczności i pieśni te były rozpowszechniane oraz śpiewane już za jego czasów. A ponieważ wśród ludu śląskiego popularną stała się postylla czyli zbiór jego kazań opracowany i wydany przez ks. Karola Michejdę w roku 1888, nazwisko to znane u nas w polskiej lub czeskiej formie Raszka (bądź Raška), według tego też wzoru przez wielu było odmieniane. Oryginalna pisownia była jednak niemiecka, stąd „poprawiano” odmianę: „nie postylla Raszki, a Raschkego”. Dlatego też śmiem przypuszczać, że polszczyzna ludowa poza Macierzą zaczęła mieć problemy z innym nazwiskiem pieśniarza – Heczko; kiedy więc mówiono potocznie o „kancjonale Heczki”, zaczęto na wzór „Raschkego” odmieniać „kancynoł Heczkigo”. Naturalne zjawisko językowe, powstałe na podstawie sympatycznej pomyłki. Nazywając tak niniejszy przyczynek chciałem zaznaczyć, że pieśni do śpiewnika ks. Heczki tworzone były u nas na Cieszyńskiem już wcześniej, a także że ten proces wraz z wydaniem śpiewnika się nie zakończył, że trwał i trwa nadal, praktycznie do dnia dzisiejszego, odpowiadając na coraz to nowe zapotrzebowania wiernych oraz ich zmieniające się upodobania muzyczne czy pobożnościowe.

Od roku 1636 używano oficjalnie na Śląsku Cieszyńskim czeskiego kancjonału ks. Jerzego Trzanowskiego „Cithara sanctorum”, który w ciągu trzech wieków doczekał się 130 wydań. Śpiewano z niego w zborach Cieszyńskiego do połowy XIX wieku, a w parafii w Wiśle nawet do roku 1922. Ks. Jerzy Heczko wyniósł z domu rodzinnego znajomość niemal wszystkich melodii z „Cithary”, a znajomość języków czeskiego, niemieckiego i polskiego umożliwiła mu później pracę nad przekładem tekstów pieśni oraz ich systematyzowaniem. Warto bowiem nadmienić, iż śpiewnik Trzanowskiego zawierał obok starych pieśni czeskich tłumaczenia z innych języków, np. pieśni Jana Kochanowskiego. W połowie XIX wieku potrzeba zredagowania śpiewnika w języku polskim stawała się jednak coraz bardziej palącą. Świadczą o tym słowa przedmowy do 1. wydania kancjonału, kiedy ten już się ukazał: „Od dawna wszyscy baczniejsi na potrzeby polskich ewangelików w c. k. Śląsku austryackim uznali w tym wielki niedostatek, że dotąd przy nabożeństwie polskim używa się pieśni czeskich. Kazania wygłaszano w języku polskim, a śpiewano z czeskiego śpiewnika”.

Oczywiście, nie oznacza to, że polskich pieśni nie było ani ich nie śpiewano. Poszczególni twórcy w różnych czasach wydawali i rozpowszechniali swoją twórczość w języku polskim. Ks. Jan Muthmann przed rokiem 1730 dołączył kilkanaście swoich oryginalnych pieśni nabożnych do publikacji pt. „Sto reguł żywota”. W tym samym czasie ks. Samuel Ludwik Zasadius wydał w swej „Mlecznej potrawie duchowej” 45 pieśni, a nastepnie w „Pieśniach duchowych” opublikował 43 utwory. Pieśni te śpiewano w zborze cieszyńskim, który obsługiwał wiernych całego Księstwa Cieszyńskiego i ziemi pszczyńskiej, zanim wszedł w częściowe użycie kancjonał ks. Jana Chrystiana Bockshammera, duchownego ewangelickiego i seniora w Twardogórze, pochodzącego z Cieszyna, syna nauczyciela cieszyńskiej szkoły. Zredagowany przez niego „Kancjonał zawierający w sobie pieśni chrześcijańskie…, na Śląsku zwyczajne… z starodawnych jako i świeżo przetłumaczonych i złożonych zebrane” wydany został w Brzegu w roku 1776 i był poprawioną oraz uzupełnioną wersją kancjonału ks. Chrystiana Rohrmanna z roku 1673.

Jak już powiedzieliśmy, w latach 30. XIX wieku ks. Wilhelm Raschke w Bystrzycy oraz ks. Karol Kotschy w Ustroniu układają i wydają własnym sumptem pieśni nabożne do użytku w czasie ważniejszych uroczystości w swoich zborach. Pieśni te stają się popularne, w jednym z wierszy ks. Raschke nazywa nawet sam siebie żartobliwie w odniesieniu do zborowników „waszym Kochanowskim”. Nowe pieśni nadają swojskiego i odświętnego charakteru przeżywanym w parafiach uroczystościom. I choć jako oficjalny śpiewnik była w użyciu Trzanowskiego „Cithara sanctorum”, lud śląski coraz wyraźniej zaczął domagać się wprowadzenia polskiego kancjonału Bockshammera albo opracowania zupełnie nowego śpiewnika. Pierwszą odpowiedzią na te głosy i zapotrzebowanie było wydanie 73 „Pieśni pogrzebnych i szkolnych” ks. Karola Kotschego w roku 1853.

Jan Broda podaje, iż „myśl wydania własnego kancjonału dla ludności Śląska Cieszyńskiego zrodziła się już wśród studentów teologii, pochodzących z Cieszyńskiego, w czasie ich pobytu na studiach w latach poprzedzających Wiosnę Ludów”. Gdzieś w tle stała postać innego Cieszyniaka z pochodzenia, księgarza i wydawcy ze Lwowa Jana Milikowskiego. To on był wcześniej w żywym kontakcie z ks. Kotschym oraz ks. Wilhelmem Raschke. Temu ostatniemu dostarczał polskiej literatury fachowej, by nauczyciele miejscowych szkół w zborze bystrzyckim mogli się dokształcać – pastor Raschke udostępnił im w tym celu własną bibliotekę uzupełnioną o pozycje otrzymane ze Lwowa. Następnie Jan Milikowski zaopatrywał bystrzycką młodzież w niezbędne podręczniki. O Milikowskim oraz wspomnianym wyżej zamiarze studentów wiedeńskiego wydziału teologii ewangelickiej pisze Paweł Stalmach: „Księgarz Jan Milikowski (…) posłał mi swój prywatny zbiór polskich kancjonałów ewangelickich do użytku. Jerzy Heczko, mój kolega szkolny podzielał ze mną to przedsięwzięcie”. Zaś Jan Śliwka, budziciel narodowy i autor polskich podręczników dla dzieci szkolnych, stwierdza podobnie w roku 1863: „Od kikunastu lat czyniono przygotowania do ułożenia polskiego, potrzebom czasu odpowiadającego kancjonału. (…) Wspomnienia godną zasługę położył sobie w tym względzie i dał właściwy popęd przedsięwzięciu zasłużony p. Jan Milikowski, księgarz we Lwowie. Ten (…) zebrawszy znaczną liczbę kancjonałów ewangelickich, nadesłał je coś około 1850 roku pastorom śląskim celem ułożenia polskiego śpiewnika dla ewangelickich zborów na Śląsku”.

Po latach sam ks. Jerzy Heczko wspomina te początki pracy redakcyjnej: „Zaczęliśmy pracować na podstawie niemieckiego kancjonału Glatza, zaprowadzonego w niemieckich zborach śląskich. Radca Stähelin stanowczo nam tego odradził, gdyż kancjonał Glatza był mocno rozwodniony najzwyczajniejszym racjonalizmem. To nas wprowadziło na jedynie właściwą i odpowiednią w tym wypadku drogę – przerobienia kancjonału Trzanowskiego”. U Pawła Stalmacha zaś znajdujemy uzupełnienie: „Wybieraliśmy z kancjonału Trzanowskiego najwięcej używane i ulubione pieśni, i rozdzielali do przetłumaczenia. Odbyło się kilka posiedzeń: co mnie zadano, wypracowałem”.

Z powodu braku źródeł trudno powiedzieć coś więcej o całokształcie tej początkowej pracy. Śladem prac studenckich Jerzego Heczki są opublikowane w „Pierwiastkach”, zbiorze dwudziestu wczesnych kazań z roku 1849, tłumaczenia pieśni, z których jedna – „Kto w Bogu składa swe ufanie” – weszła do późniejszego kancjonału. Jako ślad pracy Pawła Stalmacha podaje Jan Broda tłumaczenie pieśni Pfrangera „Sławę Twoją wyśpiewuję”.

Ks. Jan Unucka podczas uroczystości wspomnieniowych ks. Heczki dnia 17 maja 1925 podkreśla działanie łaski Bożej na Śląsku Cieszyńskim, porównując pieśniarzy Trzanowskiego i Heczkę: „Bóg dał nam apostołów, ojców Kościoła, dał nam w późniejszych czasach reformatorów, a ludowi naszemu śląskiemu łaskę swą okazał przez to, że nam dał ks. Trzanowskiego i ks. Heczkę. Podczas kiedy Jerzy Trzanowski musiał iść na obczyznę, na wygnanie i tam pracował, i życia swego dokonał, to ks. Heczce łaska Boża pozwoliła między swymi działać (…). Wprawdzie zrazu ks. Heczko nie znalazł tu na ojczystej ziemi stanowiska i musiał poza granicami Śląska szukać pola działania, jednak o ojczystym kraju ani na chwilę nie zapomniał i dla niego już pracował. Będąc pastorem w Stadle i Gawłowie prowadził żywą korespondencję z pastorami śląskimi, posyłał im pieśni swoje i gorąco popierał myśl wydania kancjonału polskiego. Jako kandydat pochodził po wszystkich zborach śląskich. Wszędzie napotkał jedno pragnienie, pragnienie za zrozumiałą pieśnią ewangelicką polską. Kazania wszędzie były polskie, liturgia polska, brakowało polskiego kancjonału”. O pieśniach mówi zaś tak: „Jedne ułożył ks. Heczko sam, drugie przejął z innych polskich śpiewników, inne przetłumaczył z niemieckiego lub czeskiego języka. Przetłumaczyć coś prozą, jeżeli się zna dany język, to nie tak wielka sztuka, ale przetłumaczyć wiersz i znów do wiersza to tłumaczenie ułożyć, a zachować myśl, to rzecz trudna. Na to trzeba być poetą, być od Boga szczególną łaską obdarowanym”. Tak, jak mówiliśmy już wcześniej, tym większe uznanie należy się redaktorom „nowego” śpiewnika.

Droga do jego powstania była jednak jeszcze długa. Dnia 24 lipca 1850 utworzył się na konferencji pastoralnej w Ustroniu komitet w celu opracowania polskiego kancjonału dla ludności ewangelickiej Śląska Cieszyńskiego. W jego skład weszli: ks. Andrzej Drost z Drogomyśla, ks. Wilhelm Raschke z Bystrzycy, ks. Jan Winkler z Nawsia i ks. Andrzej Źlik z Cieszyna. Komitetowi sekundował „zaocznie” ks. Jerzy Heczko, w tym czasie pastor zborów w Stadle na Sądecczyźnie i Gawłowie koło Bochni.

Praca postępowała naprzód powolutku, a nawet po śmierci ks. Raschkego w roku 1855 zupełnie ustała. Kiedy cztery lata później na Śląsk Cieszyński wrócił na stałe ks. Heczko i został upełnomocniony przez komitet do kierowania pracami nad śpiewnikiem, ruszyły one na nowo. Niewątpliwy entuzjazm tamtych lat pracy śpiewnikowej komentuje Jan Broda: „Z jakim zapałem dokonał pracy, świadczą 63 wiersze-pieśni z ‚Modlitewnika‘ wydanego w roku 1860, zaś resztę zebrał, uporządkował, przetłumaczył, przerobił i sam ułożył w ciągu zaledwie trzech lat: 1861-1863. Pracował sam, bo koledzy wycofali się, zdając cały ciężar na jego tylko barki”.

W grudniu 1862 roku ks. Heczko przedłożył do zaopiniowania Naczelnej Radzie Kościelnej w Wiedniu manuskrypt polskiego kancjonału. W dołączonym piśmie podkreślał, iż „zaprowadzenie polskiego kancjonału jest sprawą żywotną i pilną, і uprasza się o śpieszne i przychylne załatwienie podania powyższego” (uzasadnienie przytacza w swojej pracy pt. „Ksiądz Jerzy Bogusław Heczko i jego kancjonał” ks. Piotr Janik). W roku 1863 dyskutowano nad manuskryptem śpiewnika na konferencjach księży w Bielsku i Cieszynie. Dr Jadwiga Badura w książce „Polskie kancjonały, modlitewniki i śpiewniki na Śląsku” zaznacza, iż po uzyskaniu w roku 1863 zgody Rady Kościelnej, rozpoczął ks. Heczko starania o wydanie kancjonału w oficynie Karola Prochaski w Cieszynie. Był to oczywisty, aczkolwiek ważny i przełomowy krok, odtąd bowiem po Toruniu, Brzegu i Oleśnicy (gdzie drukowano używane na Śląsku Pruskim polskie kancjonały Artomiusza, Rohrmanna i Bockshammera) to właśnie Cieszyn na długie lata stał się centrum wydawniczym polskich śpiewników ewangelickich. Wydany został prospekt przyszłego kancjonału zawierający 8 wybranych pieśni, który rozesłano do parafii jako zachętę do subskrypcji. W roku 1865 śpiewnik wprowadzony został do użytku najpierw w Cieszynie, potem w Jaworzu i Bystrzycy, a do roku 1869 wszedł w użycie w zborach w Drogomyślu, Goleszowie, Międzyrzeczu, Skoczowie i Ustroniu oraz w małopolskim Nowym Gawłowie, który wcześniej obsługiwał duszpastersko ks. Jerzy Heczko, służąc w parafii Stadło. W roku 1896 kancjonał wprowadziło Nawsie, zaś Wisła aż do roku 1922 została wierna kancjonałowi Trzanowskiego.

Dr Jadwiga Badura we wspomnianej wyżej publikacji wymienia, iż „pierwsze wydanie ‚Kancyonału czyli śpiewnika dla chrześcijan ewangelickich‘ ks. Jerzego Heczki zawierało 772 pieśni na 641 stronach, w skład wchodziły następujące części: ‚Przedmowa‘ datowana 1865 styczeń; spis treści tj. ‚Podział kancyonału‘, z którego wynika dalszy podział pieśni na dziewięć działów uwzględniających podrozdziały: ‚Nabożeństwo‘, ‚Pieśni o Bogu‘, ‚Pieśni o Synu Bożym‘, ‚Pieśni o Duchu Św.‘, ‚Życie chrześcijańskie‘, ‚Krzyż‘, ‚Pociecha i ufność w Bogu‘, ‚Różne stosunki i okoliczności‘, ‚Czasy szczególne‘, ‚Rzeczy ostateczne‘; ‚Wykaz nut (melodyj), z których jedna drugą w razie potrzeby zastąpić może‘, co znacznie ułatwiało śpiewanie pieśni na nieznane melodie oraz sprzyjało użyciu wszystkich pieśni w ‚Kancyonale‘. Zrąb główny śpiewnika kończą dwie pieśni górnicze, po czym jako uzupełnienie następuje 16 modlitw okolicznościowych. Ostatnią część stanowi ‚Wybór pieśni na niedziele i święta podług ewangielij i lekcyj‘ oraz alfabetyczny ‚Wykaz pieśni’”.

Ks. Piotr Janik w swojej pracy obliczył, iż „pierwsze wydanie kancjonału obejmowało pieśni 323 autorów niemieckich, 186 czeskich, 155 autorów polskich, 5 łacińskich, 1 węgierskiego; 89 pieśni Heczko oznaczył [następująco]: dawny Kościół (1 pieśń), oryginał dawny (54 pieśni), oryginał nowy (23), przekład dawny (10), rękopis znaleziony w Bibliotece Akademickiej w Krakowie (1 pieśń). Wśród pieśni znalazło się ogółem: 59 tłumaczeń, które Heczko przejął, 456 pieśni przez niego przetłumaczonych”. W przypadkach, gdy było to możliwe do ustalenia, określał pochodzenie pieśni, podawał nazwisko autora oraz lata jego życia lub zbiór, z którego pochodzą.

Pieśni kancjonału mają od 1-18 zwrotek, większość jednak to pieśni krótsze, do 9 zwrotek. „Pieśni dłuższe (poza pogrzebowymi) stanowiły pewne obciążenie nie tyle dla objętości kancjonału, ile dla zborowników, którzy mieli je śpiewać w czasie nabożeństwa, stąd też w nowszych wydaniach niektóre skrócono bądź pominięto” (Broda). Teksty pieśni oryginalnych jak i tłumaczeń dostosowywał Heczko do znanych powszechnie melodii, podobnie jak czynili to przed nim ks. Karol Kotschy czy ks. Wilhelm Raschke. Wybierał najchętniej melodie z choralnika Trzanowskiego, rzadziej z choralników niemieckich. Pisząc na ten temat także Jan Broda wskazuje na „wypunktowany” przeze mnie na początku mankament: „Szkoda tylko, że układając teksty do wybranych melodii, nie zwracał baczniejszej uwagi na akcenty melodyczne i rodzaje rymów tłumaczonych pieśni. Byłby się ustrzegł wielu rażących błędów jak np. w pieśniach ‚Grodem mocnym jest Bóg wieczny‘ (nr 274), ‚Nuż Bogu dziękujmy‘ (nr 23), ‚Z nieba idę wysokiego‘ (nr 161), w których pozamieniał rymy męskie na żeńskie”. Niestety, nikt nie jest omnibusem, najwyraźniej brakowało redaktorom kancjonału konsultacji stylistycznej i poetyckiej oraz muzycznej. Jak jednak nadmieniłem na początku, kto wie, może w dzisiejszych czasach te wskazywane przez purytan językowych mankamenty byłyby uważane za zaletę i wyraz oryginalności… Kto chciałby przyjrzeć się bliżej niuansom językowym, polecam studium Jana Brody opublikowane na łamach „Przyjaciela Ludu” między 27 kwietnia 1980, a 26 lipca 1981 roku.

Jak już zaznaczyłem, wraz z wydaniem śpiewnika nie wyczerpało się zapotrzebowanie na coraz to nowe, coraz współcześniejsze pieśni ani nie zatrzymały się prace nad ich tworzeniem czy tłumaczeniem. O swoistym niedosycie świadczą słowa ks. dra Leopolda Otto, który w roku 1867 opracowując do Encyklopedii Powszechnej biogram ks. Jerzego Trzanowskiego zauważa z przekąsem: „Jakkolwiek dobrze jest i sprawiedliwie, iż zaprowadzono śpiewnik polski, nie zastąpił on jednak ani w małej części nawet kancyjonału Trzanowskiego”. Wcześniej pisał, iż pieśniom Trzanowskiego „zawdzięcza lud polski, że mimo racyjonalizmu zniemczałych pastorów szląskich, zachowała się jeszcze między ludem polskim szląska wiara ewangelicka”. Podkreśla więc to samo, o czym już na tym miejscu czytaliśmy ze słów samego Jerzego Heczki o niemieckich kancjonałach „rozwodnionych racjonalizmem”. Czyżby powyższy przytyk ks. Leopolda Otto pod adresem kancjonału Heczki chciał zwrócić uwagę, iż jego redaktor mimo wcześniejszych zastrzeżeń sam nie uniknął „rozwodnienia racjonalizmem”? Sugeruje to dr Daniel Spratek w pracy „Jiří Třanovský – život, dílo a odkaz na rodném Těšínsku”. Trudno bowiem polemizować z faktem, iż racjonalistyczny kierunek teologiczny był ks. Jerzemu Heczce mimo wszystko najbliższy. Świadczy o tym np. jego wikariusz ks. Karol Kulisz: „Ks. Heczko był jednym z klasycznych u nas, a najszlachetniejszych i najszczerszych zwiastunów i przedstawicieli tego racjonalizmu (…), który charakteryzuje każdy jego oryginalny utwór i każde oryginalne słowo”. Zaznacza jednak, iż z typem pobożności ks. Heczki łączyło się jego „łagodne usposobienie i bardzo szeroka tolerancja”. Zapisał także, iż racjonalizm „u niego był pogłębiony naturalnym pietyzmem, nabożnością”. Był człowiekiem wprowadzającym pokój wszędzie, gdzie się znalazł i to z pewnością przyczyniło się do pokojowego współdziałania w parafii ligockiej nawet z młodym i zapalonym pietystą, jakim był ks. Karol Kulisz.

A co do kancjonału ks. Jerzego Heczki, z pewnością jego zaletą była „prosta, przystępna forma, jasna treść wyjaśniająca prawdy biblijne i poruszająca duszę ludzką. Śpiewnik był nacechowany zwiastowaniem Słowa Bożego i prawdziwą modlitwą w formie śpiewanej” (Badura). Ks. Jan Unucka zaś pisze o Heczce: „On dał nam rodzimą polską pieśń ewangelicką, a przez to otworzył nową erę w dziejach ewangelickich na ziemi naszej. Pieśń to potęga, pieśń natchnąć potrafi do szlachetnych czynów, pieśń cieszy i krzepi”. A tuż po przełomie wieków, kiedy Śląsk Cieszyński ogarnęła fala przebudzenia duchowego zwanego Cieszyńskim Cudem (poświęcona mu była niedawna konferencja na tym miejscu), powstał w roku 1906 kolejny śpiewnik z pieśniami nurtu przebudzeniowego pt. „Harfa Syjońska”, wypełniając zapewne luki widoczne już podczas zaprowadzania kancjonału ks. Jerzego Heczki. Powyższe refleksje oraz nie do końca entuzjastyczna opinia ks. Otto nie umniejszają zasług oraz nie podważają ogromnego trudu tłumaczy i redaktorów przy tworzeniu tego ważnego dzieła, „Kancyonału czyli śpiewnika dla chrześcijan ewangelickich”, który w użyciu Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w Polsce był do roku 1965, zaś w Kościołach na Zaolziu do wspomnianego roku 2002, kiedy to zastąpił go obecny nasz „Śpiewnik Ewangelicki” pod redakcją ks. Jana Grossa.

Dziękuję za uwagę i cierpliwość!

jak

jak