Mi 7,18-20

Który bóg jest jak Ty? Który przebacza winy i odpuszcza występek reszcie swojego dziedzictwa? Nie żywi na zawsze swojego gniewu, gdyż ma upodobanie w miłosierdziu. Znowu zmiłuje się nad nami, zmaże nasze winy. Ty wrzucisz w głębiny morskie wszystkie nasze grzechy. Okażesz wierność Jakubowi, łaskę Abrahamowi, którą przysiągłeś naszym ojcom od najdawniejszych czasów.

Kochani, mamy dziś przed oczyma króciutki fragment, zupełną końcówkę księgi proroka Micheasza. Można by powiedzieć, że jest to jakieś podsumowanie całej księgi – a gdybyśmy nie wiedzieli, skąd ten fragment pochodzi, gdybyśmy nie przeczytali na początku księgi, że jest to proroctwo wypowiedziane ustami czy piórem proroka Micheasza, to pierwsze zdanie naszego tekstu: „Który bóg jest jak Ty” – jak Jahwe – by nam to powiedziało. Imię Micheasz bowiem to właśnie znaczy: „Któż jest jak Jahwe”. Jest to takie typowe prorockie czy biblijne „A jednak…”, zdanie, które zapowiada zupełny zwrot. Pismo nie ukrywa bowiem przyczyny, dla której zło spada na człowieka. Gdybyśmy przyjrzeli się choćby samej tylko Księdze Micheasza, znaleźlibyśmy w niej proporcjonalnie więcej treści dotyczących sądu, kary, opisu ludzkiej nieprawości, która powoduje konkretne, naturalne konsekwencje aniżeli owych słów nadziei. Ale na tej analizie zła się wszystko nie kończy. Bóg idzie dalej. Bóg czeka. Tak jak nie skończyło się wszystko przy tych świniach syna marnotrawnego…

Umieśćmy sobie najpierw postać proroka i jego księgę w kontekście historycznym. Micheasz pochodził z wioski Moreszet Gat na południowy zachód od Jerozolimy. W tym czasie jest to już tak zwane rozdzielone królestwo, na północy jest Izrael, a właściwie w dobie Micheasza należałoby powiedzieć: „był Izrael”, a na południu Juda. Micheasz był zatem współczesny prorokowi Izajaszowi i niewiele późniejszy od proroka Amosa. Znajdujemy go, jak pełni swoją misję prorocką w Jerozolimie na przełomie VIII i VII w. przed Chr. Stał się świadkiem upadku północnego Królestwa Izraela i zdobycia Samarii w 721 r. przed Chr., następnie zaś najazdu Asyryjczyków na południowe Królestwo Judy w r. 701.

Podobnie jak wcześniej Amos w części północnej, królestwie Izraela, tak i Micheasz zarzuca przywódcom Judy brak odpowiedzialności za lud, korupcję ogarniającą wszelkie przejawy życia społecznego oraz bałwochwalstwo związane z kultem obcych bogów. Kiedy skaza i sąd dotykają Judę oraz jej stolicę Jerozolimę, prorok podkreśla coś szczególnego: że grzech zawiera w sobie nasienie zguby. To jest to szczególne zwrócenie uwagi na fakt, że nie dlatego ktoś jest grzesznikiem, ponieważ popełnia jakieś konkretne, poszczególne grzechy. Nie dlatego możemy powiedzieć, że ktoś jest zły, bo coś złego zrobił. Jest wręcz odwrotnie: grzeszysz, bo jesteś grzesznikiem. Przejawem owej skazy w życiu ludzi, w ich myśleniu, ich patrzeniu na świat, jest to, że postępują źle. Ludzie popełniają grzech, DLATEGO, ŻE są grzesznikami. Czynią źle, PONIEWAŻ jest w nich zasiane to ziarno zguby; ono w konkretnym postępowaniu się jedynie przejawia. Kiedy apostoł Paweł będzie cytował w swoim Liście do Rzymian fragmenty typu: „Nie ma ani jednego sprawiedliwego, nie masz, kto by rozumiał, nie masz, kto by szukał Boga; wszyscy zboczyli, razem stali się nieużytecznymi, nie masz, kto by czynił dobrze, nie masz ani jednego” (Rz 3,10-12), to nie nawiązuje jedynie do Psalmów Dawidowych, ale także do czytanego dziś przez nas Micheasza.

Weźmy chociażby początek tego 7. rozdziału. Micheasz też jest poetą i stosuje wielokrotnie w swoim tekście środek poetyckiego wyrazu, którym jest tak zwany asonans – rym niedokładny lub niepełny, zgodność samogłosek w wyrazach na końcu wersetu, bez zgodności spółgłosek. Ten rodzaj rymu miał zastosowanie w językach starszych aniżeli te nam współczesne. Coś takiego znajdujemy po hebrajsku zaraz w pierwszym wierszu naszego rozdziału: eszkol – winogrono i ekol – zjeść. „Nie ma ani grona, / które bym chciał zjeść”. Czuję się jak wśród resztek po winobraniu, pisze prorok. I zaraz drugi wiersz: „Wyginęli pobożni z ziemi i nie ma prawego wśród ludzi, wszyscy czyhają na krew, każdy zasadza się z siecią na swojego brata. Ich dłonie gotowe są tylko czynić zło. Aby czynić dobrze, książę żąda zapłaty, a sędzia wynagrodzenia, dostojnik zaś rozstrzyga według swojego upodobania, rozstrzyga sprawę na swoją korzyść. Najlepszy z nich jest jak cierń, a najbardziej prawy – jak żywopłot kolczasty. Nadszedł jednak dzień zapowiedziany przez strażników, dzień twojej kary, teraz padnie na nich pohańbienie” (Mi 7,2-4). I znowu taki sam rym, jak poprzednio: mesukah – płot z patyków kolczastych i mebukah – pohańbienie. Zastosowanie rymu jako środka poetyckiego wyrazu potęguje treść i znaczenie wypowiedzi – bo to, o czym pisze prorok z Bożego nakazu, jest niezwykle poważne. Mowa tu jest o stanie ludzkości, człowieka – o przyczynie zła, którego tak wiele wokół siebie widzimy, i które dotyka tak wielu nam współczesnych oraz nas samych. Znamy dobrze pieśń opartą wprost na słowach z Micheasza: „Oznajmiono ci, człowiecze, / co jest dobre, czego żąda Bóg od ciebie: / byś wypełniał prawo, / okazywał miłość / i w pokorze chodził z Nim” (Mi 6,8). Tylko że tak się nie dzieje. Podkreśla to w całej analizie stanu człowieczej duszy apostoł Paweł, a za nim Marcin Luter. Micheasz jest więc takim poprzednikiem reformacji, prekursorem luterańskiej nauki o grzechu. Wiemy, czujemy albo nawet mamy poznanie, jak by miało być – ale za Pawłem musimy zawołać: „Nędzny ja człowiek!” albo za Micheaszem: „Biada mi!” Bo tak nie czynię.

Księga Micheasza zawiera jednak w sobie coś szczególnego. To właśnie tutaj znajdujemy słowa zapowiadające Zbawiciela, Mesjasza – i jest o Nim dokładnie powiedziane, skąd przyjdzie, gdzie się narodzi i w jaki sposób. Bóg utworzy nowy lud, którym będzie kierował posłany przez Niego Król. O tym czytamy w 4. rozdziale, a potem na początku 5. znajdujemy słowa: „A Ty, Betlejemie Efrata, choć jesteś najmniejsze wśród okręgów Judy, z ciebie mi wyjdzie Ten, który będzie panował w Izraelu, a Jego pochodzenie od początku, od dni najdawniejszych. Dlatego wyda ich aż do czasu, kiedy urodzi ta, która spodziewa się dziecka…” (Mi 5,1-2) – przecież to proroctwo czytamy co roku w Święta Bożego Narodzenia! I mowa jest w nim o Tym, który JEST OD POCZĄTKU, a jednak narodzi się z niewiasty, jako ludzkie dziecko. Prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek zarazem. Jak pisze o Nim Luter w Małym Katechizmie: „Wierzę, że Jezus Chrystus, prawdziwy Bóg, z Ojca w wieczności zrodzony, a zarazem prawdziwy człowiek, z Marii Panny narodzony, jest moim Panem, który mnie zgubionego i potępionego człowieka wybawił, odkupił i pozyskał od wszelkiego grzechu, od śmierci i władzy szatana, nie złotem ani srebrem, ale krwią swoją świętą i drogą i niewinną męką i śmiercią swoją” (objaśnienie II artykułu Wyznania Wiary). Dlatego u Micheasza znajdujemy w naszym dzisiejszym tekście szczególne słowa: że Bóg, który przebacza winę, odpuszcza przestępstwo resztce swojego dziedzictwa, który nie chowa na wieki gniewu, lecz ma upodobanie w łasce, zmiłuje się nad ludźmi i ZMYJE ICH WINY! My już wiemy jak. Krwią Chrystusa. Nie tylko, że zmyje, ale dosłownie „spłucze je” do morza, pogrąży i utopi w głębinach morskich. Głębiny morza są w Biblii metaforą potęgi, w której coś się gubi, ginie. Dlatego morze jest dla człowieka synonimem zagrożenia – ale tutaj jest kresem, końcem, śmiercią dla zła, dla grzechu, dla występków. A ponieważ ich konsekwencją jest dla człowieka zguba i śmierć, Boże przebaczenie i łaska kładą kres grzechowi i śmierci. Zgładzają ową przyczynę, tkwiącą gdzieś w ludzkim sercu i wnętrzu, która mnie – czy chcę, czy nie chcę – ściąga do złego. Usuwają także skutek, konsekwencję: naszą śmierć. To śmierć śmierci. Koniec końca. Bóg otwiera przed człowiekiem życie i wieczność…

Czytaliśmy od ołtarza stosunkowo długie podobieństwo o miłującym Ojcu z Ewangelii Łukasza. Kwintesencja Bożego przebaczenia, wejrzenie w miłujące serce Boga Ojca. To, że Ojciec daje synowi wolność wyboru, bo nie chce, by relacja między nimi była czymś wymuszonym czy automatycznym; to że tak długo czeka, by z daleka móc zacząć biec naprzeciw synowi, rzucić mu się w ramiona, przyjąć go, przytulić i obdarzyć wszelkimi godnościami, na które marnotrawny syn nie zasłużył ani nigdy zasłużyć nie byłby sobie w stanie – pokazuje jak wielka jest ta Boża miłość, która daje wolność, ale potem czeka, potem przyciąga, obejmuje i przyjmuje. Zmywa winę i „topi” ją w morzu, by już nigdy nie wypłynęła, by już nie straszyła i nie zagrażała. To na ciebie tak Bóg czeka. Zło, winę i grzech oraz wszystko, co na świecie jest tego następstwem, chce wrzucić w głębiny i zlikwidować. Niczym brud, niczym – nie powiem co: nacisnąć czy pociągnąć spłuczkę i… Wybaczcie mi ten obraz, ale przy tych słowach o „spłukaniu” i „zatopieniu” brudu zła on się w naturalny sposób nasuwa. To czyni dla nas Bóg w swojej miłości.

Tylko, że to nie jest za darmo. W katolickim wspomnieniu proroka Micheasza znalazłem fajne zdanie, które to wyraża w pełni, posłuchajcie: „Ludzie oszczędziliby sobie wielu cierpień, gdyby uznali moc Boga, który z miłości do nas dał się ukrzyżować. Przyjął cierpienie w najpełniejszym stopniu, aby uchronić nas przed wiecznym cierpieniem. Taka jest postawa Najwyższego Sędziego, o którym mówi Księga Micheasza. Żaden król nie skazał samego siebie za grzechy swojego ludu, aby dać mu szansę powrotu do królestwa, w którym jako jedynym na świecie panuje niekończące się szczęście. (…) Wszyscy jesteśmy współodpowiedzialni za zło na świecie, które może powstrzymać tylko Bóg, gdy w końcu uznamy nasz grzech oraz przyjmiemy to, jak bardzo On jako Ojciec nas miłuje…”

Spłukanie wodą oraz utopienie naszych win i grzechów nam nasuwa obraz Chrztu Świętego. Bo też istotnie, tym właśnie on jest. Jest swego rodzaju „poznaczeniem” nas ofiarą krwi Chrystusa. Tylko, że to sobie musimy stale na nowo uświadamiać, co Bóg w swojej miłości tam, na Golgocie dla nas wykonał, dla nas uczynił. I to niezależnie od tego czy ten chrzest przyjęliśmy jako dorośli i ponoć świadomie przyjmujący Bożą łaskę, czy też darowali nam ją nasi rodzice, kiedy jeszcze sobie tego nie uświadamialiśmy. Zawsze, w każdym przypadku i niezależnie od wieku chrztu, trzeba nam z tej łaski Bożej żyć, na niej polegać, na niej tylko się opierać i na niej bazować. I powrócić do Ojca nie raz, jak ten młodszy syn. Każdego dnia żyć na nowo jako Jego dzieci i dziedzice. Tak wiele otrzymaliśmy – żyjmy tym i korzystajmy! Dziękujmy, radujmy się tym i zarażajmy ludzi wokół nas tym entuzjazmem: bo któż jest jak nasz Bóg?!

jak

jak