1 Kor 14,1-11

Starajcie się posiąść miłość, troszczcie się o dary duchowe, szczególnie zaś o dar proroctwa! Ten bowiem, kto mówi językiem, nie ludziom mówi, lecz Bogu. Nikt go nie słyszy, a on pod wpływem Ducha mówi rzeczy tajemne. Ten zaś, kto prorokuje, mówi ku zbudowaniu ludzi, ku ich pokrzepieniu i pociesze. Ten, kto mówi językiem, buduje siebie samego, kto zaś prorokuje, buduje Kościół. Chciałbym, żebyście wszyscy mówili językami, jeszcze bardziej jednak pragnąłbym, żebyście prorokowali. Większy jest bowiem ten, kto prorokuje, niż ten, kto mówi językami – chyba że jest ktoś, kto tłumaczy, aby to wyszło na zbudowanie Kościołowi. Bo przypuśćmy, bracia, że przychodząc do was będę mówił językami: jakiż stąd pożytek dla was, jeżeli nie przemówię do was albo objawiając coś, albo przekazując jakąś wiedzę, albo prorokując, albo pouczając? Podobnie jest z instrumentami martwymi, które dźwięki wydają, czy to będzie flet czy cytra: jeżeli nie można odróżnić poszczególnych dźwięków, to któż zdoła rozpoznać, co się gra na flecie lub na cytrze? Albo jeśli trąba brzmi niepewnie, któż będzie się przygotowywał do bitwy? Tak też i wy: jeśli pod wpływem daru języków nie wypowiadacie zrozumiałej mowy, któż pojmie to, co mówicie? Na wiatr będziecie mówili. Na świecie jest takie mnóstwo dźwięków, ale żaden dźwięk nie jest bez znaczenia. Jeżeli jednak nie będę rozumiał, co jakiś dźwięk znaczy, będę barbarzyńcą dla przemawiającego, a przemawiający barbarzyńcą dla mnie.

Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, iż tekst ten mówi przede wszystkim o komunikatywności zwiastowania Kościoła. Jak gdyby pierwszą i główną jego myślą było, czy to, co mówione jest na zgromadzeniu, nabożeństwie, społeczności wierzących, jest zrozumiałe dla ludzi z zewnątrz. To jest rzeczywiście niezwykle istotna kwestia, dotyczy ona bowiem tego, czy zwiastujemy Ewangelię w sposób zrozumialy dla ludzi, do których ją kierujemy, czy też nasze poselstwo idzie zupełnie – w myśl naszego tekstu – „do luftu”; gdyby ładniej przełożyć, to „na wiatr”. Wielokrotnie już o tym mówiliśmy, pewnie i dziś będziemy tego tematu jakoś dotykać, jednak jako kluczowy problem widzę w tym tekście coś innego.

Gdybyście mieli przed oczyma Biblię, a nie tylko jej fragment, który czytamy na ekranie, zobaczylibyście o czym pisze apostoł Paweł zaraz przedtem. W poprzednim rozdziale. Ale – może się domyślimy. No więc zagadka: skoro tutaj mamy czternasty rozdział 1. listu do Koryntian – co było wcześniej? No, jasne, rozdział trzynasty. A co jest w trzynastym? (Słynny hymn o milości!)

„Teraz więc pozostaje wiara, nadzieja, miłość, te trzy; lecz z nich największa jest miłość” (1 Kor 13,13) – i bach! Mamy dalszy fragment, który Paweł rozpoczyna jak? „Dążcie do miłości”, starajcie się miłować, starajcie się kierować miłością, postępować według niej. A co jest główną cechą tej miłości, o której w sposób rewolucyjny uczył Jezus, a potem Jego Kościół? To, że człowiek na pierwszym miejscu stawia dobro drugiego, a nie własne. Interes tego drugiego; patrzenie oczyma drugiego. Żeby tej drugiej osobie czy innym osobom było lepiej, a na moje własne dobro potem przyjdzie czas. Gdybyśmy tym się kierowali w życiu zborowym, kościelnym, a zwłaszcza indywidualnym i osobistym, gdyby tym kierowali się Koryntianie, nie musiałby Pan Bóg piórem Pawła pisać do nas takich tekstów, jak ten dzisiejszy. Rozumielibyśmy wtedy, co znaczą słowa świętego Augustyna: „Kochaj i rób, co chcesz”. Jeśli kochasz, czyli masz dobro drugiego jako ważniejsze niż to swoje – to będziesz postępować właściwie. Tylko, że jeszcze nie jesteśmy w niebie, jeszcze jesteśmy grzesznymi ludźmi, którzy nieustale podlegają pokuszeniu, by sami „być jako Bóg” (pamiętacie, co mówił wąż do Adama w raju). Żeby MNIE było dobrze. Żebym ja był w centrum. By to moje było na wierzchu. Współcześnie to nazywamy egocentryzmem albo egoizmem. Skupieniem na sobie.

Tak zaczyna Paweł: jeśli będziecie kochać tak, jak o tym przed chwilą czytaliście – wszystko będzie jasne. Ponieważ jednak nieraz do ideału nam daleko, pamiętajcie by (trzy kropki)… Dosłownie czytamy: „Ścigajcie miłość, biegnijcie za nią, starajcie się ją złapać”! Przefajna jest ta obrazowość języka Biblii. Wymaga od nas aktywności w życiu duchowym, żadne tam spanie pod krzakiem (czy drzemanie w kościelnej ławce)! To jest bieg. Nie powinno się tak robić, ale widzimy to na starych filmach: ktoś biegnie za ruszającym ze stacji pociągiem, w ostatniej chwili go dogania i wskakuje do niego. Dziś to już niemożliwe, bo pociąg rozpędza się za szybko i drzwi są zablokowane, nie byłoby się czego złapać i wszystko skończyłoby się tragicznie. Ale tak sobie wyobrażam to „łapanie miłości”. A potem zaraz jest dalsze zadanie: tak samo bądźcie aktywni, gdy chodzi o to, co duchowe (w domyśle: dary duchowe), zwłaszcza zaś co się tyczy prorokowania. I teraz następuje cały wywód, z którego przeczytaliśmy zaledwie pierwszą część.

Jacy więc mają być chrześcijanie w swoim zgromadzeniu, w swojej praktyce życia duchowego, jeżeli będą się kierować dobrem drugiego, a nie swoim własnym w kolejności pierwszej? Wyobrażam sobie tę wspólnotę w Koryncie, mocno charyzmatyczną, uduchowioną – nie wiem, na ile znacie charyzmatyczne Kościoły, w których zgromadzeniach uczucia stawia się na pierwsze miejsce, a rozum pozostaje gdzieś w tle?! Ja dzięki wspólnej służbie z braćmi i siostrami z różnych wspólnot miałem okazję poznać bliżej niektóre z nich. Kiedy Duch Święty łączy nas we wspólnym świadectwie, to widzimy, jak mamy do siebie blisko, jak bardzo do siebie należymy, może jako bardzo różne od siebie członki tego samego Ciała. Chociaż widzimy też to, co nas bardzo od siebie różni. Ale wspólny Ojciec, wspólny Pan, ten sam Duch, który różnie między nami działa – ten jest najważniejszy!

Paweł pisze o ludziach, którzy żeby byli zaakceptowani przez innych duchowo wyglądających, stawiają na pierwsze miejsce mówienie językami. To temat na długi wykład, już o tym parę razy mówiliśmy, nie chcę się w to zbytnio zagłębiać. Glosolalia – obecne w każdej religii; jakiś stan uniesienia duchowego, w którym szczególnie aktywne stają się płaty czołowe ludzkiego mózgu, tak iż zaczyna modlić się w nieznanym sobie dotąd języku. Charyzmatycy próbują tłumaczyć, że to język, którym będziemy rozmawiali z Bogiem u Niego w Jego nowej rzeczywistości, jaką ma dla nas. Mnie się to wytłumaczenie bardzo podoba. Ale czasem to było tak, że ktoś dostawał inny dar: język ZROZUMIAŁY DLA INNYCH. Jak przy zesłaniu Ducha Świętego na apostołów. I nie wiem czy tam jest mowa o glosolaliach, czy też jest to proroctwo dotyczące zwiastowania Ewangelii wszystkim językom.

No, właśnie, proroctwo…

Co robi prorok? Zwiastuje słowo od Boga. Mówi ludziom to, co chce im powiedzieć Bóg! Ci wtedy w Koryncie mieli trudniej, bo mieli tylko Stary Testament i „świeżutkie” listy apostolskie, dopiero pierwsze z nich… My mamy całą Biblię, a w niej – Słowo od Boga! Tym Słowem mamy żyć, nim się kierować i o tym mówić ludziom – tak po prostu.

Wyobrażam więc sobie taki zbór, do którego pisze Paweł: w pewnym znanym mi zborze zielonoświątkowym ludzie, żeby wyglądać „bardziej duchowo”, modlili się na przykład po angielsku albo w innych znanych sobie obcych językach. „Ten, kto mówi językiem, buduje siebie samego” – czyli chodzi mu o jego własny obraz w oczach innych. Czy to miłość? Tak, ale do samego siebie. Trochę nie tak to czytaliśmy „w pierwszym Korynt trzynaście”.

Znam sporo luteran po czesku mówiąc „jako poleno”, którzy mają dar mówienia językami. Sam o niego się modliłem. I opowiadałem już wielu z was, że kiedy zapytałem brata – o którym wiedziałem, że mówi językami, bo na modlitewnym byłem nieraz tuż obok niego – jak ten dar osiągnąć, odpowiedział mi tak, że tylko swój dar potwierdził: „Nie skupiaj się na darze, to cię nie musi obchodzić, to Bóg daje dary jak chce; jeśli będziesz go potrzebował, to On ci go da. Ty SKONCENTRUJ SIĘ NA CHRYSTUSIE!” Moje czołowe płaty w mózgu są chyba do czegoś innego 🙂 – ale wiem, kim jest dla mnie Chrystus. I o Nim mogę świadczyć.

To pisze Paweł: wasze uczucia, wzniosłe śpiewy i wypowiadanie niezrozumiałych słów są fajne, ale one budują jedynie was samych. Czujecie się dzięki temu lepiej, a tu już – uwaga – bardzo blisko do popadnięcia w samozachwyt i pychę duchową. I wywyższanie się nad innych. I podziały między wierzącymi. No i właśnie tak było w tym zborze w Koryncie, jak wynika z listów Pawła. To może dotyczyć także naszej liturgii, naszej tradycji, tego w czym my się dobrze czujemy, naszego metajęzyka, którym się posługujemy między sobą mówiąc o rzeczach duchowych… A taki zwykły czlowiek, który przyjdzie między wierzących, powie: A co to za kosmici? Cóż to mają za tajemne misteria? O czymś mówią, a ja nic nie rozumiem.

To stara się nam przekazać Pan Bóg poprzez słowa apostoła: pamiętajcie, by być komunikatywnymi. Nie „odlatujcie” w swoich uczuciach religijnych, w swoich uniesieniach duchowych zbyt daleko od rzeczywistości – bo Ja chcę do was przyprowadzić nowych ludzi, ale oni muszą usłyszeć Ewangelię w zrozumiałym języku i zobaczyć ją w zrozumiały dla siebie sposób w waszym życiu. No i uwaga: ten JĘZYK ZROZUMIAŁY to może być taki, który rozumieją wszyscy, czyli większość. Tak, owszem. Ale potem są też tysiące ludzi, dla których językiem rodziny, ogniska domowego, nabożeństwa, Kościoła nie jest angielski… Uważacie? Wróć! Jest wielu takich, dla których językiem rodziny, ogniska domowego, nabożeństwa, Kościoła nie jest angielski, tylko język, którym posługiwali się ich ojcowie i dziadowie, język matki, słyszany jako pierwszy, język tej ziemi… Jakże my jesteśmy bogaci przez to, że na naszym terenie od wieków mieszkali ludzie różnych języków. A z drugiej strony, w czasie kiedy obowiązującym był ten lub inny język „europejski” (najpierw to był czeski, potem niemiecki, dziś już prawie że jest angielski) – ów język domu, rodziny, język wyssany z mlekiem matki pozostawał równie ważnym. I ludzie po studiach w niemieckich uniwersytetach przybywali na nasz Śląsk Cieszyński na przykład jako pierwsi pastorzy zboru na Wyższej Bramie – i co robili? Nie tylko mówili do tych autochtonów – do ludzi zamieszkujących tę ziemię od wieków – ich językiem, ale w tym języku pisali, sprowadzali na ten język przetłumaczoną Biblię… Z Niemcami po niemiecku, z Czechami po czesku, a z Polakami po polsku… Paweł to też tak jakoś pisze, co nie?

Jak dziś się troszczyć o ten dar zrozumiałego zwiastowania? My dziś wiemy, że nie chodzi tylko o kod językowy. Tych może ktoś znać wiele. Ale jest też tak zwana inteligencja emocjonalna – ktoś coś mówi i to bardziej przyjmujemy, bo to jest nam bliskie. Parę dni temu jeden z naszych księży w rozmowie dał mi przykład. Celowo go użyję, bo jest z obcego środowiska, żeby nie przechylać szali wagi na naszą polską czy naszą czeską stronę. Mówi: studiowałem w Stanach Zjednoczonych. I jednego się tam nauczyłem: ludzie, którzy tam przybyli, pochodzili z różnych kultur i kręgów językowych. I jedną z tendencji Kościoła było: niech jest wszystko po angielsku, żeby było dla wszystkich zrozumiałe, bo inaczej będziemy niekomunikatywni. Dobrze, to działało. Ale za jakiś czas zobaczyli, jak wielu ludzi stracili – bo dla nich językiem modlitwy, językiem domu, językiem matki był inny, nie angielski. I dziś jest wiele zborów na przykład hiszpańskojęzycznych, albo się używa różnych języków w zgromadzeniu. Albo nawet: wspólnie jest po angielsku; ale jakże to cenne, że pastor rozmawia z ludźmi w ich języku, i oni się mogą z tym zborem utożsamiać, tam się czują w domu. Tak samo jest ze stosunkowo wielką wspólnotą polską w Stanach. Jasne, z jednej strony pamiętajmy, by nie tracić z Kościoła większości i nie stać się jakimś muzeum, ale nie traćmy przy tym „wylewając dziecko z kąpielą” tych, którzy w Kościele są i chcą być „u siebie w domu”. Ujął mnie kolega Czech, patrząc w ten sposób. Fajnie, że nasi księża to widzą. Obyśmy mogli patrzeć zawsze oczyma „tego drugiego”, nie tylko swoimi…

I tak mi się skojarzyło, że to „troszczenie się o dary duchowe”, to zadanie nie tylko dla każdego indywidualnie: by samemu żyć Słowem Bożym tak, by jego wpływ był na mnie widoczny. To zawsze na pierwszym miejscu. Ale także jest to zadanie dla naszych wspólnot zborowych – dla kierownictwa zboru, prezbiterstwa. By także o to dbać, o to się modlić, chcieć patrzeć oczyma ludzi, pośród których żyjemy, by oni mogli czuć się w naszym zborze jak w domu. By czuli się bezpiecznie, „u siebie”, czyli czuli się współodpowiedzialni za życie i wspólne zwiastowanie, za poszczególne służby. By mówić językiem zrozumiałym – czy językami zrozumiałymi. By być autentycznym i prawdziwym w swoim chrześcijaństwie, bo to najbardziej przekonuje.

Nawiązując do obrazu „ścigania dobra drugich”, czyli tego pociągu o którym wspomniałem. Oby nasze zbory czy nasz Kościół nie musiał być takim, jak człowiek z pewnej anegdoty: „Lepiej późno niż wcale, powiedział facet spóźniając się na ostatni pociąg”.

jak

jak

Leave a Reply