2 Tm 1,6-10

Albowiem nie dał nam Bóg ducha bojaźni, lecz mocy i miłości, i powściąliwości. Nie wstydź się więc świadectwa o Panu naszym, ani mnie, więźnia jego, ale cierp wespół ze mną dla ewangelii, wsparty mocą Boga, który nas wybawił i powołał powołaniem świętym, nie na podstawie uczynków naszych, lecz według postanowienia swojego i łaski, danej nam w Chrystusie Jezusie przed dawnymi wiekami, a teraz objawionej przez przyjście Zbawiciela naszego, Chrystusa Jezusa, który śmierć zniszczył, a żywot i nieśmiertelność na jaśnię wywiódł przez ewangelię.

Kochani, niekiedy dobrze jest zaraz na początku, po przeczytaniu tekstu, zadać sobie pytanie, jakie też mogły być intencje naszych przodków wiary, kiedy zaszeregowali dany fragment Pisma właśnie do tekstów konkretnej niedzieli czy święta i jaki to słowo ma związek z tematem dnia. Niekiedy te skojarzenia są oczywiste, a niekiedy trochę mniej… Pierwsza myśl, gdy czytamy dzisiejszy fragment, to ta, że po prostu zawiera on słowa przyjęte za hasło dnia. Bo tak w istocie jest. Ale czy to jedyne powiązanie z całym dzisiejszym tematem, o Chrystusie który daje swoje niesamowite światło w kontekście naszego umierania i powoduje, że dzięki Jego zmartwychwstaniu nie musimy bać się śmierci?

Starałem się czytać ten fragment zupełnie na nowo, z umysłem niczym „tabula rasa”, bez jakichkolwiek założonych z góry schematów. Polecam wam lekturę 2. Listu do Tymoteusza, przeczytajcie sobie tak właśnie „na świeżo” także wersety poprzedzające naszą perykopę. List pisany jest pod koniec I stulecia po Chrystusie, apostoł Paweł znajduje się w więzieniu w Rzymie, w czasie drugiego procesu. Paweł nie ma iluzji: czuje bardzo bliski koniec swego życia. Dlatego pisze do Tymoteusza, swego wiernego ucznia, którego miłuje jak najdroższego syna. Ojczyzną Tymoteusza była Listra w Azji Mniejszej, w krainie zwanej Likaonią, na północ od gór Taurus. Wygooglujcie sobie albo sprawdźcie gdzieś w atlasie miasto Konya w dzisiejszej Turcji – to właśnie biblijne Ikonium, główne miasto Likaonii. Paweł był w Listrze podczas swojej pierwszej podróży misyjnej, wtedy jego pobyt zakończył się kamienowaniem ze strony Żydów, którzy na koniec wywlekli jego ciało poza mury miasta, sądząc, że już nie żyje. W czasie drugiego pobytu Pawła w Listrze zarekomendowano apostołowi właśnie Tymoteusza, syna Greka i Żydówki, która przyjęła chrześcijaństwo. Nie był obrzezany, ponieważ nie był wychowywany w tradycji żydowskiej – matka Eunike wraz z babką Lois prowadziły go od dziecka w wierze chrześcijańskiej. Poprzez nałożenie rąk został ordynowany do służby Ewangelii Chrystusowej i pełnił misje w takich miastach jak Tesalonika, Korynt, Filippi. Paweł powierzył mu duszpasterską opiekę nad chrześcijanami w Efezie. Wzruszające musiało być pożegnanie obydwu przyjaciół i współpracowników, o którym czytamy w 1. Liście do Tymoteusza 1,3, a nawiązuje do tego Paweł w słowach drugiego listu: „Jestem wdzięczny Bogu (…) ile razy dniem i nocą wspominam ciebie w moich modlitwach. I pragnę cię zobaczyć, wspominając twoje łzy, abym w pełni doznał radości” (2 Tm 1,3.4). Bibliści sugerują, że owe „łzy” towarzyszyły właśnie pożegnaniu Pawła i nowo ustanowionego biskupa Efezu Tymoteusza. Kiedy jednak dalej czytam, że nie musi się Tymoteusz wstydzić więźnia w kajdanach, jakim dla sprawy Pańskiej jest Paweł, o tym, że nie dał nam Bóg ducha strachu, że wspierany mocą Boga może Tymoteusz znosić trudy dla Ewangelii, czytam niejako „między rządkami” o trudach i prześladowaniach, jakie znosił on sam. Miał w końcu przeciwstawiać się z jednej strony tym, którzy szerzyli fałszywe nauki, a z drugiej stawiał czoła pogańskiej większości. Zginął najprawdopodobniej podczas pogańskiego święta bogini Diany; kiedy lud ze śpiewem i radosnymi okrzykami obnosił wokół miasta pogańskie bożki, gorliwy w swej wierze apostoł wszedł w tłum i zaczął głosić Ewangelię. Rozwścieczeni poganie rzucili się na niego, zaczęli bić i ciągać po ziemi, aż wreszcie ukamienowali. Miało to miejsce najprawdopodobniej w 97 roku.

Tyle co do adresata zapisanego w samym tekście. Ale listy krążyły po całym ówczesnym Kościele i były czytane w różnych zborach. Nie wiemy, do których z nich był 2. List do Tymoteusza wysłany. Listy do Tymoteusza przedstawiają bowiem trochę inny obraz Kościoła niż ten spotykany w innych pismach. Szczególny nacisk położony jest na dziedzictwo wiary, która stanowi wspólny depozyt, wiary którą trzeba ugruntować, pogłębić, zachować z pomocą Ducha Świętego. Jeśli nawet z biegiem czasu potrzebne będzie nowe pogłębienie tego depozytu wiary i nowe sformułowania, należy zagwarantować wierne przekazanie objawionej prawdy. Wyeksponowany został też autorytet osób odpowiedzialnych (czyli biskupów lub pasterzy, starszych lub prezbiterów, diakonów), a w cień odchodzi rola posług prorockich i charyzmatycznych. To już nie jest sytuacja pierwotna, o której czytamy na przykład w 1. Liście do Koryntian. To sytuacja Kościoła końca wieku. Tu nie należy już się kierować „wyskokami” z charyzmatycznym natchnieniem (choć przed tym właściwie Paweł zawsze ostrzegał), duch wspólnoty i jej duszpasterza, to według apostoła duch mocy, miłości zdolnej poświęcić wszystko (czyli agapé) i przywodzenia do rozsądku, rozumności, roztropności, panowania nad sobą (tyle znaczy użyte w naszym tekście słowo „sofronizmos”).

Przyjmuje się, że odbiorcami tych pism byli duszpasterze lub środowiska, gdzie nieodzowna stała się pogłębiona refleksja nad rolą przywódcy, nad owym „charyzmatem”, który mamy zaraz na początku dzisiejszego fragmentu. Paweł przypomina Tymoteuszowi, by ten „dar łaski” dosł. rozpalał do żywości. Przypomina mi to pracę na kuźni podczas nauki w technikum – kiedy trzeba było kawał metalu, na przykład skrzywiony ząb brony, rozpalić tak właśnie „do żywego”, zanim można było cokolwiek z nim zrobić, wyprostować, na nowo uformować, wykonać z niego coś, co będzie w przyszłości użyteczne. Widzicie to skojarzenie? Czujecie powiązanie z ogniem, różnymi przeciwnościami i cierpieniami, za pomocą których musimy nieraz zostać „rozmiękczeni”, musi zostać naruszona struktura, by mógł nas Bóg formować na coś potrzebnego i użytecznego? Tak Pan Bóg prowadził Pawła, Tymoteusza, wspólnoty wczesnego Kościoła – tak prowadzi aż do dziś, tak formuje nieraz i nas.

Ale „do żywości” ma zostać rozpalony właśnie ów charyzmat. „Charisma” – cóż to za słowo? Oznacza łaskę wraz z jej darami, dar łaski, charyzmat, ale generalnie pochodzi od „chairo” – cieszyć się, doznawać wielkiej radości, czynić coś z entuzjazmem. Stąd potem pojęcie „łaska” to nic innego jak cieszenie się życzliwą opieką i przychylnością Boga, wdzięczność i radość z tego powodu, a „eucharisto” będzie pełnym najlepiej rozumianej wdzięczności przeżywaniem owej radości bycia z Bogiem, który nas miłuje, jest nam nie tylko przychylny, ale który sam chce radować się z naszej przed Nim obecności i naszej wspólnoty. Tę wdzięczność, ten radosny entuzjazm mamy „rozpalać do żywego”! A więc także na bazie naszych języków nie tylko cierpienie nas „rozpala”, ale przecież czynią to także najbardziej pozytywne emocje, czyni to miłość, za sprawą której człowiek gotowy jest wiele poświęcić dla drugich, dla idei, dla wspólnej dobrej sprawy!

I powiem wam, że kiedy tak czytam te słowa, jako skierowane wprost do mnie, to znajduję w nich istotę, kwintesencję mojego powołania, owego „przeznaczenia” lub „ordynowania”. I myślę, że to jest coś, co możemy my wszyscy, którzy dziś w naszych realiach czytamy ten tekst, na nowo odczytać – co jest naszym zadaniem, po co tutaj jesteśmy. Chcemy znów w naszym zborze zacząć zbierać się w gronie osób, które pragną zastanawiać się nad sensem i ukierunkowaniem służby naszego zboru. Chcemy zadać sobie pewne podstawowe pytania i w modlitwie, w Duchu Świętym poszukiwać na nie odpowiedzi. I chyba jedną z podstawowych spraw, których dziś nas Pan uczy, jest właśnie to. Tego nam trzeba! Rozpalić w sobie i naszych bliskich na nowo entuzjazm i radość z Bożego powołania, z tego że Bóg jest nam przychylny, że Mu na nas zależy, że Jego łaska roztacza się na wszystko, co mamy w naszym życiu i kim jesteśmy.

O tym mówiliśmy na ostatniej godzinie biblijnej! Zastanawialiśmy się, jak wydawać świadectwo, co i jak mamy przekazywać ludziom, wśród których nas Bóg postawił. I ta zasadnicza sprawa, która dla nas płynie z doświadczenia marketingu: możemy mieć głęboką wiedzę na temat produktu, który chcemy polecić – ale pociągnąć za sobą będziemy w stanie tylko wtedy, kiedy ludzie zobaczą nasz własny entuzjazm, gdy my sami będziemy przekonani, że to działa i jest dobre, gdy naszą radością z tego, jak super, jak fantastyczne jest życie z Bogiem, zarazimy innych, naszych bliskich, nasze dzieci czy wnuki, które potem (pamiętacie jedno z niedawnych kazań?) same będą pytały, jak mogą zacząć żyć z tym Bogiem, którego prowadzenie w naszym życiu widzą! Niech Duch Święty rozpali na nowo, rozpali do żywości naszą radość z Boga, radość z tego, jak dobrze jest z Nim chodzić – a wtedy wszystko inne, to będą tylko kulisy, tło. Ta nasza radość niech przemówi do młodych, bo młodych pociągnąć można za dobrą ideą i będą w stanie wiele dla niej poświęcić, ale muszą widzieć, że to działa, że to naprawdę godna zaangażowania sprawa.

Pozwolę sobie powiedzieć, że to jest zadanie dla naszego Kościoła, dla nas na dzisiejszym etapie, tu na naszym terenie, w naszym kraju, na naszym kontynencie. Pozwolić w sobie na nowo zapalić entuzjazm. W najbliższym „Przyjacielu” przeczytacie, jak czynił to ks. Leopold Otto, jak i czym pociągnął ludzi, jak ich zainspirował – mówi o tym w wywiadzie dr Józef Szymeczek. Ksiądz Otto zapalił w naszych podcieszyńskich ewangelikach pewną wizję, projekcję przyszłości. A gdy myślę o roku 1979, to samo uczyniły wówczas słowa modlitwy do Ducha Świętego na warszawskim Placu Zwycięstwa: „Niech zstąpi Duch Twój! Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi; tej ziemi!” Co myślicie, dlaczego dla Polaków Jan Paweł II jest święty? Bo go Pan Bóg użył tak, że potrafił zainspirować do wartościowego życia i działania całe pokolenia, kilka generacji! Bo w nim płonął ten święty ogień rozpalony przez Boże powołanie, choć mu się ono nie podobało, bał się go, mówił: „Panie, tylko nie ja!” Pewnie tak jak Tymoteusz i dlatego Paweł pisze o strachu, że „nie dał nam Bóg ducha trwożliwości, ale mocy i miłości, i przywodzenia do rozsądku” (w. 7).

Kochani, to słowo wprost do nas, do naszego zboru – gdzie zawsze mieliśmy tendencje widzieć to, jak nas niewiele, jak słabe nasze szeregi i niewielkie nasze siły. A Pan nam mówi: Ja was powołałem, Ja was kocham i was sobie wybrałem: ciebie, i ciebie, i ciebie… Więc nie upłakuj tylko i nie trzęś się ze strachu, bo moc jest Moja, a nie twoja, moc jest we Mnie. Przypominaj sobie, co Ja dla ciebie uczyniłem, ciesz się tym i rozkoszuj, pozwól Duchowi rozpalić w sobie wdzięczność za to wszystko, kim jesteś i co otrzymałeś jako dar ode Mnie. Bo ta wizja to coś na teraz, na dziś – ale ona dotyczy nawet chwili spotkania oko w oko ze śmiercią. Tej łaski, tego daru nic nie złamie. Chrystus zmartwychwstał i zwyciężył dla mnie – i dla ciebie. To jest coś, co „zapala” w każdych okolicznościach i w każdym wieku, nawet jeśli znajduje się człowiek na progu odejścia. To daje nam światło i nadzieję względem tych, którzy już od nas odeszli oraz tych, o których wiemy, że ich czas się przybliża – tak jak wiedział to o sobie apostoł Paweł. I to on, w kajdanach, tuż przed czekającą go egzekucją jest w stanie tak „rozpalać” radość i entuzjazm w swoim uczniu, nawet w obliczu jego łez, smutku i przygnębienia; albo zwłaszcza wtedy. Przyjmijmy to słowo, przeczytajmy jeszcze kilka razy – i radujmy się naszym Panem! Amen.

jak

jak

Leave a Reply