Iz 63,15 – 64,3

Spojrzyj z nieba i patrz z Twej stolicy, świętej i wspaniałej! Gdzie Twoja zazdrosna miłość i Twoja potęga? Gdzie poruszenie Twych uczuć? Miłosierdzia Twego nie powstrzymuj, proszę: Boś Ty naszym Ojcem! Zaiste, nie poznaje nas Abraham, Izrael nas nie uznaje; Tyś, Panie, naszym Ojcem, „Odkupiciel nasz“ to Twoje imię odwieczne. Czemuż, o Panie, dozwalasz nam błądzić z dala od Twoich dróg, tak iż serce nasze staje się nieczułe na bojaźń przed Tobą? Odmień się przez wzgląd na Twoje sługi i na pokolenia Twojego dziedzictwa. Czemu bezbożni wtargnęli w Twoje święte miejsce, wrogowie nasi podeptali Twoją świątynię? Staliśmy się od dawna jakby ci, nad którymi Ty nie panujesz i którzy nie noszą Twego imienia. Obyś rozdarł niebiosa i zstąpił – przed Tobą skłębiły się góry, podobnie jak ogień pali chrust i sprawia wrzenie wody – abyś dał poznać Twe imię wrogom. Przed Tobą drżeć będą narody, gdy dokonasz dziwów nadspodziewanych, o których z dawna nie słyszano. Ani ucho nie słyszało, ani oko nie widziało, żeby jakiś bóg poza Tobą czynił tyle dla tego, co w nim pokłada ufność.

Pamiętam, jak jakiś czas temu jedna z sióstr wyznała, że już nawet nie czyta innych książek poza Biblią, bo tam jest zawarte to, czego serce i dusza ludzka tak naprawdę potrzebuje. Nie gdzie indziej, w ludzkich słowach, myślach, nawet ludzkich interpretacjach tego, co z Biblii wyczytane. I bynajmniej nie miała ta „niemianowana” siostra Marylka na myśli tego, by zdeprecjonować i odrzucić wszelką wiedzę i mądrość. Ale było to coś, co „czysto po polsku” byśmy nazwali „nadsázką” – jasne, że nie chodzi tutaj o postawę taką, jak powiedziała mojej mamie w domu seniora pewna sąsiadka: „Kiedy skończyłam szkołę podstawową, już nigdy nie otworzyłam w życiu żadnej książki”. Kiedy jednak czytamy Słowo Boże, gdy ono do nas przemawia z mocą Ducha, widzimy jak niewiele znaczące jest to wszystko, co ludzie potrafiliby wymyślić, powiedzieć czy napisać.

Takie samo też wrażenie odnoszę, kiedy czytam nasz dzisiejszy tekst. Właściwie zawsze, kiedy otwieram Biblię i czytam słowa przeznaczone do kazania, myślę sobie: Po co tu jeszcze cokolwiek psuć innymi myślami. Po prostu trzeba przeczytać to, co tam napisano, a tam jest zawarte wszystko. A jak może się zorientowaliście za te wszystkie lata, moim celem jest zawsze jedynie w to Słowo od Pana się wgłębić, ewentualnie zwrócić na coś szczególną uwagę, wytłumaczyć jakieś słówko, porównać przekład z oryginałem – wystarczy! To jest dla mnie to najpiękniejsze – dać się poprowadzić tekstowi Bożego Słowa, dać się mu zaskoczyć, stanąć w ciszy i zdumiewać się nad tym, jak wielki i mądry jest Bóg wszechmocny, który tu oto do mnie niegodnego coś niesamowicie ważnego mówi.

No ale powiecie: to na takie kazanie żeśmy nie musieli chodzić do kościoła, to sobie każdy mógł to Słowo przeczytać w domu i by było… Żebyście nie powiedzieli, to wam w skrócie przybliżę, co jest w poprzednich wierszach, przed naszym tekstem kazalnym – a potem to sobie w domu dokładnie przeczytacie.

Najpierw więc widzimy kogoś, kto „idzie w szatach szkarłatnych, (…) wspaniały w swoim odzieniu, (…) kroczący z wielką mocą”. Któż to jest? Domyślamy się. To sam Bóg Jahwe: „To Ja jestem tym, który mówi sprawiedliwie, potężny w wybawianiu” (Iz 63,1). Prorok zadaje pytanie, dlaczego Jego szata jest zbryzgana i wygląda to tak, jakby tłoczył winne grona. Bóg odpowiada, że to On sam osobiście tłoczył winogrona do kadzi, nie było nikogo kto mógłby Mu pomóc. Bo to obraz sprawiedliwości i sądu. Kiedy na to patrzymy, myślimy sobie: No jasne, kto inny mógłby Mu pomagać, przecież jedynie On jest sprawiedliwy. Cięcie. Po czesku: „stříh”.

Nowy kadr się zaczyna jakby zupełnie bez związku z tamtym obrazem. Teraz mówi jakiś człowiek. Prorok? Ktoś z ludu izraelskiego? „Sławić będę dobrodziejstwa Pańskie, chwalebne czyny Pana, wszystko, co nam Pan wyświadczył, i wielką dobroć dla domu Izraela, jaką nam okazał w swoim miłosierdziu i według mnóstwa swoich łask” (w. 7). Chcę chwalić Boga, bo jest dla nas tak niesamowicie dobry. „Powiedział On: Na pewno ci są moim ludem, synami, którzy Mnie nie zawiodą! I stał się dla nich wybawicielem w każdym ich ucisku. To nie jakiś wysłannik lub anioł, lecz Jego oblicze ich wybawiło. W miłości swej i łaskawości On sam ich wykupił. On wziął ich na siebie i nosił przez wszystkie dni przeszłości” (w. 8-9). Trzeba coś dodawać? Na pewno nie! Boża miłość i łaska mówi sama za siebie. Zwłaszcza, że to czytam z innego przekładu niż ten, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Bo kiedy coś słyszymy wiele razy, to przestajemy słuchać i rozumieć, o czym to jest naprawdę.

Rozumiemy, że Bóg jest tym, kto spowodował, że oto ci ludzie mają przywilej być Jego – nie wiem – pomocnikami, współpracownikami? By w swoim dziele nie był sam? On ich wybawia, żeby byli godnymi tego dzieła. Po czesku to brzmi jeszcze lepiej, bo rozumiemy, że „vybavit” to znaczy wyposażyć kogoś w coś, co jest do tego dzieła potrzebne. Jakiż przywilej dla wybranego ludu! No, tyle że teraz dzieje się coś strasznego…

Wiersz 10: „Lecz oni się zbuntowali i zasmucili Jego Świętego Ducha”. Głupi czy co – powie każdy, kto to czyta. Tak jednak było; tacy jesteśmy, my skłonni do grzechu czyli tego, żeby na przekór wszelkiej dobroci Boga iść „mimo”, „wedle”, totalnie nie tam gdzie trzeba. Jednak po pewnym czasie ludzi zaczynają dosięgać konsekwencje ich winy i głupoty. Też nie sami z siebie to zaczynają widzieć – ale dzięki temu, że działał w nich Duch Boga, coś zaczyna do nich docierać: widzą, że się postawili przeciwko Temu, który im wyświadczył tyle dobroci. Są po przeciwnej stronie, jakby On był ich wrogiem! No, szok! Wreszcie im zaczyna w głowach świtać: Nie, to nie tak, my tak nie chcemy! Przecież przez własną głupotę zaparliśmy się wszystkiego, co stanowi nasze korzenie, naszą tożsamość. Przestaliśmy być tymi, którymi jesteśmy. Staliśmy się zaprzeczeniem samych siebie. (Widzicie: przy okazji zaczynamy rozumieć, czym jest starotestamentowe „hammartia”, grzech, „bycie mimo”. Stajesz się zaprzeczeniem samego siebie.)

„Wtedy wspomnieli o dniach przeszłości, o słudze Jego, Mojżeszu. Gdzież Ten, który wydobył z wody pasterza swej trzody? Gdzież Ten, który tchnął w jego wnętrze swego Świętego Ducha? Ten, który sprawił, że szło po prawicy Mojżesza Jego ramię chwalebne, i który rozdzielił wody przed nimi, zyskując sobie imię wieczyste, który ich prowadził przez morskie głębiny jak konia na stepie, tak że się nie potknęli? Jak bydłu schodzącemu na dół na nizinę Duch Pański dał im wypoczynek. Tak prowadziłeś Twój lud, zyskując sobie imię chwalebne” (w. 11-14). No, to jest jakaś pieśń, która o tym wszystkim mówi – słyszymy, jak powtarza się tam jakiś refren czy chorus. I teraz się okazuje, że jesteśmy w samym środku tego utworu muzyczno-wokalnego, bo to jest nasz tekst, który czytaliśmy na początku. Tak sobie myślę: ile by to zmieniło, gdyby ludzie wiedzieli, że my tu czytamy genialne kawałki z dawnych list przebojów! Jeszcze by było fajnie słyszeć oryginalne wykonanie, bo coś tak czuję, że by to brzmiało niczym najlepsze aranżacje najsłynniejszych kompozytorów; podstawcie tam sobie tych sprzed stu, dwustu lat albo tych z ubiegłego wieku czy dzisiejszych – kogo tam bardziej lubicie…

„Już dawno jesteśmy jak ci, którzy nie noszą Twojego imienia i którym Ty nie dowodzisz” – tak smutno śpiewa solista, a ja tam słyszę zarówno rockowe brzmienie gitar, jak i symfonię partii smyczkowych. Serce się rwie.

Powinno. Bo to sytuacja najbardziej tragiczna z możliwych. Wiecie, jak to jest – gdy ktoś nigdy nie widział, temu jest łatwiej być niewidomym. Trudniej temu, kto wie, jak wygląda obraz piękna Bożego świata. Tu jest coś takiego. Myśmy poznali, co dla nas zrobiłeś, jak jesteś dobry, Boże – a oto przez swoją głupotę znajdujemy się NAPRZECIWKO, nie po Twojej stronie, ale jako Twoi wrogowie! Rozumiecie już, czemu czytamy takie teksty w Adwencie, do spowiedzi, przed Wieczerzą Świętą…

Zpěvák zpívá jménem celé společnosti. Co jim chybí? Nemohou si pomoci, protože ztratili pevnou půdu pod nohama. Všechno jde, dokud člověk neztratí tuto základnu; pracovníci diakonií a charit nám potvrdí, že mnoho lidí bez domova, alkoholiků, „ztracených existencí“ i narkomanů dostala do jejich situace ztráta základny, ztráta vědomí, že má cenu usilovat, zápasit. Není nakonec Izaiáš zástupcem celého lidstva, celé lidské civilizace, jež se ocitla v úzkých? Lid, jehož je Izaiáš mluvčím před Bohem, připomíná postmoderního Evropana: znaven tím, že má téměř vše, chce ještě víc a neví co. A tak se snaží, honí, stresuje. Expanduje, intenzifikuje, efektivizuje, manažeruje… Proč vlastně? Může si leccos dovolit, kde co koupit, ale šťastný není. A pak nato nakonec přijde nějaké hořké překvapení: nemoc, epidemie, ekonomická krize – a on ztrácí již docela všecko. Ztrácí svůj základ, půdu pod nohama.

Lid, jehož je Izaiáš mluvčím, zná Boha. Má s ním zkušenostmožná jen zprostředkovaně, možná živou a osobní. Tento lid o něm slyšel, možná že někteří slyšeli jeho samotného. Věří mu, jsou „věřící“. Ale najednou: „Kde je tvé horlení, a bohatýrská síla? Tvé cituplné nitro a tvé slitování jsou mi uzavřeny…“ Dávné silné zkušenosti, o nichž slyšeli, se nyní stávají „snem nazpátek,“ nedostižnou vidinou. Kde to všechno zůstalo? Přece to nemohlo jen tak zmizet! Nebo to vše, kdysi silné, bylo opravdu jenom „opium lidstva“?

Lid, jehož je Izaiáš mluvčím, nazývá Boha „náš Vykupitel odedávna“. Znají ty staré příběhy; otcové a matky, dědové a babičky dobře plnili úlohu vypravěčů! Zjevně svým dětem a vnoučatům předali mnoho, nezahrnovali je pouhou vnější péčí, nepatřili jen mezi ty, kteří „nechtějí své děti do ničeho nutit, aby se děti vyvíjely svobodně“! Prostě jim ty staré příběhy vyprávěli, protože to byly dobré a silné příběhy. A říkali jim, že Bůh je mocný a milosrdný, že stojí za to mu věřit, snad jim šli i dobrým příkladem. Proto nyní v nouzi volají v modlitbě k Bohu a neupíjejí svůj žal někde v krčmě na rohu!

Ale něco se někde stalo, nepomohly ani tradice, ani dobrá výchova. A najednou si ti lidé uvědomí: „Asi jsme někde udělali chybu. Nevíme ještě kde, ale ten dnešek bez pevné půdy pod nohama není jen tak náhodou.“ To je důležitý moment. Lid, jehož je Izaiáš mluvčím, se modlí skoro troufale, pověděli jsme: Proč jsi nás nechal, Hospodine, zbloudit ze svých cest? Proč nám dovoluješ takto šlapat po tvých přikázáních, ba i po křtu, proč nám dovoluješ, dělat si, co chceme nebo – v nejlepším případě – co považujeme za dobré? Proč nám dovoluješ pouštět po větru sliby a závazky, křestní, konfirmační, manželské až po závazky, které si dáváme v těžkých chvílích? Proč jsi zatvrdil naše srdce?

„Kéž bys protrhl nebesa a sestoupil dolů!“ Nemůžeme dělat nic jiného, než žít prosbou o jeho příchod. Boží lid žije adventem a má to tak být. Neustále ztrácíme Hospodina z očí, proto musíme neustále volat. Všechny tradice, i ty nejkrásnější jsou jen vnější fasáda a prázdné pytle, když jim chybí to podstatné. Všechno zůstane duté, jestliže nebude přítomen přicházející – totiž adventní – Hospodin.

Ale, vždyť již přišel! Co chcete víc? Advent je připomnění, že přišel, naše prosby byly vyslyšeny! Ve svém Synu Ježíši Kristu Bůh „… přišel do svého vlastního, ale jeho vlastní ho nepřijali. Těm pak, kteří ho přijmou a věří v jeho jméno dává moc stát se Božími dětmi“ (J 1,11-12) Zde je pro nás dobrá zpráva a proto slavíme jak advent, tak i vánoce. Kéž nejsou pro nás jen fasádou a prázdným pytlem. Kéž toto „světlo, které přišlo do světa“ osvítí i naše srdce.

jak

jak

Leave a Reply